but_mil

but_mil

Pójdź dalej, Arbitrze!

Niniejsza trzecia część trylogii o ogarniaczu Idzim, nie dotyczy rzeczonego Idziego, ani nawet jego księżniczki (która nie figuruje jako jego księżniczka). Link do poprzedniej części:

Pójdźcie za Idzim

PÓJDŹ DALEJ, ARBITRZE!

- Kurwów sto pińć – rzekł Arbiter Elegantiarum, błądząc przekrwionymi oczyma po nieznanych mu górzystych krajobrazach. Tuż obok stał jego wierny koń Tornado i z wolna przeżuwał kolejne kęsy mocno wysuszonej trawy.

Arbiter zmarszczył czoło, usiłując odtworzyć fragmenty wspomnień wczorajszego dnia… Cóż, z rana poszedł do pracy w „Biskupin Military Airport”. Zaraz po robocie wsiadł na grzbiet swojego Araba Tornado i pomknął wprost do kuzynki Butmilii do Starożytnej Grecji, do miasta meneli – Aten, ponieważ właśnie odbywały się tam Juwenalia.

Na miejscu zasiadł wraz z kuzynką do wieczerzy. Zjedli po golonce z biskupińskiego dzika, którego Arbiter potrącił po drodze. Pamiętał, że był dumny ze stylizacji, którą udało mu się ogarnąć księżniczce. Pamiętał, że wingował jej, kiedy spotkali księcia Idziego. Pamiętał też, że Idzi zrobił na nim duże wrażenie, bo po prostu było widać, że jest on ogarniaczem – wskazywała na to mowa ciała, opanowanie oraz łatwość opowiadania abstrakcyjnych historii.

Arbiter nasz, tak samo jak Idzi, miał w zwyczaju brać o poranku zimne kąpiele, które podobno pobudzały go bardziej niż żucie ziaren kawy. Dlatego też, gdy ujrzał rzekę Eufrat,  postanowił do niej wejść i rozjaśnić swój piękny umysł.

„Hmmm – pomyślał Arbiter, stawiając pierwsze kroki w wodzie – Ja też mogę zostać ogarniaczem, być może nawet lepszym niż książę – w końcu miałem te 2% więcej niż Idzi z matematyki rozszerzonej. Toż to nie taki głupi pomysł… tylko gdzie ja kurwa jestem?”.

Tak – miał 96% z matematyki rozszerzonej:

maturaarbitra

Kiedy lodowata woda pobudziła w końcu krew, a krew dotarła do mózgu, nasz bohater zrozumiał… Jego koń Tornado, korzystając ze słabej dyspozycji swego Pana, zamiast do Biskupina, pogalopował w rodzinne arabskie strony odwiedzić swego ojca Araba i harem, w którym mieszkała jego matka*. Arbiter wybuchł szczerym śmiechem i powrócił do rozmyślań o przeobrażeniu się w najlepszego biskupińskiego uwodziciela.

Niebawem nadeszło lato i w nauce ogarniania zaczęła pomagać mu jego kuzynka – co weekend siadali na grzbiet Tornado i udawali się w miejsca największych skupisk księżniczek. Szkolili się zarówno w sztuce o nazwie DG, jak i NG. Księżniczka zawsze prowadziła Tornado w drodze powrotnej z wszelkich biesiad, gdyż od czasu juwenaliów, Arbiter nigdy nie siadał za ryzami po alkoholu.

Działając razem, robili niesamowite postępy. Postępy te były tak znaczne, że już na początku września Arbiter stał się ogarniaczem (oczywiście nie TYM ogarniaczem) – potrafił ogarnąć on niemalże każdą dupeczkę, dobrą także z twarzy. Wkrótce miał również poznać i rozkochać w sobie damę bliską jego sercu.

Dama Arbitra kochała góry i nie wyobrażała sobie nawet weekendowego pobytu na nizinnych terenach biskupińskich. Wciąż gnała do Tybetu uprawiać wspinaczkę, a kiedy spadały pierwsze śniegi – przypinać swe długie nogi do dwóch desek i pociskać w dół stromych tybetańskich stoków. Arbitrowi jak najbardziej odpowiadało, że kobieta ta, oprócz wspaniałej i niesinusoidalnej inteligencji, przejawiała także sportowe zainteresowania zgodne z jego zajawkami. Co więcej, nie prowadziła głupich kobiecych gierek i była bardzo konkretna. Co więcej, zdawała się być równie elegancka, jak nasz drogi Arbiter Elegantiarum.

Oznaczało to ciężki okres dla księżniczki Butmilii, która od tamtego momentu napełniała się smutkiem, choć nie mogła zrozumieć dlaczego. Przecież życzyła swemu kuzynowi jak najlepiej – a wiedziała, że z taką kobietą byłby szczęśliwy. Sama go wyszkoliła na ogarniacza. Dawała mu cenne rady dotyczące technik uwodzenia. Przekazywała notatki Sokratesa dotyczące negów. Wingowała mu tak dobrze, jak dobrze wingował jej on, podczas podejścia do Idziego. Nie mogła doczekać się momentu, kiedy Arbiter będzie na tak wysokim poziomie, który właśnie osiągał. A kiedy w końcu to nastąpiło, zaczęła popadać w depresję.

Księżniczka wiedziała, że od tamtej pory DayGame’y i NightGame’y z jej ulubionym kompanem będą odbywały się niezwykle rzadko, lub nigdy. Wiedziała również, że sama musiała sobie z tym poradzić – była w końcu dziecinną, acz dorosłą księżniczką, więc nie dopuszczała myśli, żeby wchodzić między Arbitra  i jego damę.

Ponieważ Butmilia nie miała w zwyczaju się smucić, w jej głowie z prędkością światła pojawiły się dwa niemalże mądre rozwiązania. Postanowiła, że wybierze jedno z nich, by jej życie znów nabrało kolorów i blasku, a wykres jej sinusoidalnej inteligencji ponownie osiągnął szczyt:

  1. Idąc tropem Arbitra, tak jak on damę – ona ogarnie sobie księcia;
  2. Gdy powróci do Aten, zacznie wingować innemu kompanowi (posiadała nawet idealnego kandydata, który, tak jak Idzi, był wychowankiem Sokratesa i trudnił się w sztuce DG – zaczepił ją na Agorze i połączyła ich wspólna pasja).

W tym momencie położenie księżniczki nie wydawało się więc już tak beznadziejne i na nowo mogła cieszyć się uniesieniami miłosnymi swego kuzyna. Lecz wtedy nadeszło nieuniknione…

Bowiem w życiu każdego aspirującego ogarniacza przychodzi taki smutny moment, gdy okazuje się, że sam wynik z matury nie wystarcza**, że nie wystarcza nawet dobre ogarnianie dupeczek i trening, ale  potrzeba czegoś więcej – szacunku ludzi ulicy, umiejętności prowadzenia relacji o każdym charakterze, a także niezwykłej odporności psychicznej. Naszemu bohaterowi zabrakło jednego, a być może nawet dwóch punktów z tej poważnej listy. Zapytacie, co się stało?

Kiedy już Arbiter skonsumował związek z Efemerydą (ponieważ tak jej było na imię) i wydawałoby się, że nic i nikt nie stanie im na przeszkodzie – wtedy okazało się, że miał napotkać on jeszcze wiele krętych ścieżek w swoim prostym i eleganckim żywocie.

Dama jego serca była niesamowicie wkręcona: wysyłała mu buziaczki za pomocą gołębi pocztowych, odwiedzała za każdym razem, gdy przejeżdżała przez Biskupin na swoim rumaku, poruszała tematy berbeci oraz z rozbrajającą szczerością podkreślała, że posiada on wszystkie cechy, których przez cały swój żywot poszukiwała w mężczyznach.

Nasz bohater poczuł się wtedy rozdarty emocjonalnie – z jednej strony chciał być w porządku w stosunku do Efemerydy (z którą jeszcze chwilę wcześniej dzielił wspólne łoże), z drugiej jednak, wszystkie jej zachowania świadczące o wielkim zaangażowaniu w ich kiełkującą relację, przerażały go i zniechęcały do utraty wolności. Dama jego serca stawała się zbyt dostępna – i nie chodziło tu tylko o jej ciało, ale także o zbyt wielką pewność stabilności i mocy jej uczuć.

Co więcej – jak zapewne wiecie, drogie dzieci – mało kto posiada zupełnie zdrową psychikę bez żadnych ułomności. Czy kiedy niesamowicie piękna, pełna pasji i inteligentna kobieta, zakochałaby się w Was na pstryknięcie palca, nie zaczęlibyście mierzyć tylko wyżej i wyżej? Innymi słowy – czy woda sodowa nie uderzyłaby wam do głów? Arbitra coraz bardziej kusiła wizja, by postawić sobie nowe wyzwania i następnym razem uwieść na przykład Kleopatrę (były to jedynie pokusy).

Niemalże każda dama posiadająca chociażby krztynę intuicji, znajdując się w sytuacji Efemerydy, będzie wiedziała, że dzieje się coś złego. Niemalże każda poczuje się wtedy zagrożona i zacznie szukać rozwiązań. Zanim jednak te rozwiązania staną się rozpaczliwą krzątaniną, zazwyczaj dama chwyta się przedostatniej deski ratunku – udaje się do swojej powierniczki.

Powierniczka staje się wówczas podpowiadaczem, a zarazem największym wrogiem mężczyzn, zajadłą feministką i obrończynią racji damy. Zaczyna prawić, że wszystkim książętom (a zwłaszcza Arbitrom) chodzi o to samo, że pochodzą oni z odległej planety i nie są kobietom potrzebni do szczęścia. A następnie rozpoczyna etap podpowiedzi:

„Twój Arbiter – rzecze wówczas powierniczka – nie jest zapewne mężczyzną z twardymi jak stal jajami. Powiadasz, że nie ma zbyt wielkiego doświadczenia z kobietami? Sam się do tego przyznał? Czyli jest męską pizdeczką. Jest miętki, jak każdy mężczyzna w naszych starożytnych czasach – nie to, co w prehistorii. Zobaczysz, że gdy urwiesz z nim kontakt, w jego psychice zacznie czaić się strach. Jego słaba psychika wyśle mu maila do nadciągającej kupy, że spotkanie jest w spodniach. Więc kiedy następnym razem przyśle po ciebie posłannika z zaproszeniem na spotkanie, udaj że nie ma Cię w Twym bogatym pałacu. Nie odzywaj się do niego, aż wreszcie stanie się oczywiste: jego słaba psychika nakaże mu słać po pięćdziesiąt gołębi pocztowych na godzinę, byś w końcu znowu się odezwała. Ale ty już nie będziesz go chciała.”

Ponieważ damy ufają swoim powierniczkom, Efemeryda posłuchała i tej. Kiedy już olała Arbitra, jego wysłannika i gołębia pocztowego, rozpoczęła oczekiwanie na żałosne zachowanie swojego mężczyzny, świadczące o jego rzekomej miętkości. Zapomniała jednak, iż był to Arbiter Elegantiarum – olany raz, zasmuci się, być może uroni nawet łzę, ale nigdy nie nadszarpnie swej dumy, by poniżyć się przed jakąkolwiek,  najpiękniejszą nawet damą.

Właśnie wtedy nastało zjawisko paradoksalne: to księżniczka nie wytrzymała wyczekiwania i emocji z nim związanych – pękła i postanowiła w jakikolwiek sposób odnowić kontakt z Arbitrem. Wiedziała jednak, że wracając skruszona, wyjdzie w oczach Arbitra na osobę mało konkretną – a przecież nie taki obraz siebie kreowała. Wymyślona została więc intryga, dopracowana w każdym calu. Intryga ta miała udowodnić, iż wszystkie gołębie pocztowe Efemerydy zmarły w wyniku wybuchu epidemii ptasiej grypy, a nowe nie znały adresu Arbitra. To miał być rzekomy powód jej zamilknięcia.

Kiedy już dołożyła „wszelkich starań”, by ponownie móc skontaktować się z Arbitrem, ten z leksza, acz inteligentnie pocisnął jej głupim babskim gierkom, jak na Arbitra Elegantiarum przystało – zrobił to jednak elegancko i z ogładą.

Po czym nasz bohater uznał, iż nie będzie kontynuował rozpoczętych gierek, że – jak to mawiają na prerii – zło dobrem zwycięży, po lekkim pocisku nie będzie już więcej karał Efemerydy i przyjmie ją z otwartymi rękoma. Co więc się stało?

Dama jego, na początku skruszona – nie posiadała przecie gwarancji, czy jej pozycja w życiu księcia była pewna – wykazywała pełne zaangażowanie, by na nowo pozyskać zaufanie Arbitra. Wtedy zauważyła jednak, że ten (mimo początkowego wkurwienia), zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Uznała, że jest panią sytuacji i Arbiter mógłby zostać teraz marionetką w jej rękach.

To był powód, dla którego Efemeryda zaczynała traktować Arbitra, jako osobę coraz to mniej atrakcyjną. Podświadomie podbudowała swą pewność siebie, racjonalnie argumentując, że dłużej ciągnąc taką relację – zraniłaby jedynie przybysza z Biskupina. Co więcej, nie mogła zaakceptować tak dużej odległości, która dzieliła jego gród od Tybetańskich gór. Wysłany więc został do Arbitra gołąb pocztowy, celem zerwania.

Arbiter Elegantiarum uszanował tę decyzję, lecz postanowił zorganizować pożegnalne, osobiste spotkanie, celem: „uściśnięcia dłoni, powiedzenia damie że jest spoko i takie tam pierdoły”. Po jakimś czasie do rzeczonego spotkania doszło. Dama utrzymywała pozycję wygranej, a bohater nasz nawet nie próbował wyprowadzić jej z błędu – nie był w końcu zajadły i mściwy. Efemeryda uznając, że należycie urobiła swego przeciwnika, postanowiła zostawić sobie u niego otwartą furtkę:

- Czy kiedyś, w zimie – powiedziała słodkim głosikiem – będę się mogła do Ciebie odezwać, celem umówienia narciarskiego spotkania?

Arbiter szczęśliwie odmówił. Zaznaczył tym samym, że mimo swej słowności, dostępności i bycia w porządku, nigdy nie zostanie pieskiem przychodzącym na każde zawołanie jakiejkolwiek księżniczki. Od tego momentu kierował się zasadą: rodzina ponad wszystko, kumple ponad wszystko poza rodziną – dopiero gdzieś dalej jest miejsce na Efemerydy, Iluzjonizje i inne takie damy.

Na końcu trzeba zaznaczyć, że bohater nasz prowadził tę relację dość umiejętnie, acz popełnił kilka błędów, które zostały uwzględnione w powyższym wywodzie (najprawdopodobniej niektóre zostały też pominięte). Dwa najpoważniejsze, to przyznanie się do swego nikłego doświadczenia z kobietami już na samym początku znajomości, a kolejny – oszczędzenie księżniczce huśtawki emocjonalnej w momencie, w którym potrzebna była ona do utrzymania atrakcyjności.

Czy myślicie jednak, że prowadzenie relacji zawsze musi przypominać partię szachów, w której planujemy kilka ruchów naprzód, przewidując też posunięcia przeciwnika? Czy związki nie mogą opierać się na czymś prostym? Czy błędy faktycznie nie są dopuszczalne? Narrator tejże opowieści uważa, że wcale być tak nie musi. W innym wypadku, każde zauroczenie i wszystkie perypetie miłosne, straciłyby ten swoisty urok, a jakakolwiek relacja – zamiast pchać nas ku górze, ciągnęłaby jedynie w dół, co noc spędzając sen z powiek.

Arbitrowi Elegantiarum zabrakło więc niektórych mikrozachowań, które jedni mają wrodzone, a inni – nabywają wraz z doświadczeniem. Wierzy się, że kiedy spotka on na swej drodze prawdziwą Damę Serca (na przykład Kleopatrę, a nie Efemerydę), pełen mądrości życiowej, będzie mógł cieszyć się pięknem tego, co przyniesie mu Fortuna (czy w co tam się wierzy w osadzie biskupińskiej).

Zapytacie pewnie, jaką decyzję podjęła księżniczka Butmilia?

Otóż, kiedy wróciła do Aten i spotkała Idziego, stało się niespodziewane: pod Butmilią nie ugięły się kolana, a książę zdawał się być obojętny. Wyglądało więc na to, że wszystkie ich uczucia i emocje względem siebie, umierały śmiercią naturalną. Na tamten moment był to koniec ich historii, być może nawet ostateczny. Kto wie? Niewykluczone że kiedyś, gdy naszej drogiej Butmilii będzie się emocjonalnie nudzić, a jej relacja z ogarniaczem będzie jeszcze bardziej neutralna, niż jest obecnie – wyśle Idziemu rękopis opowiadania o ich historii? Wówczas ten zaśmieje się szczerze, wspomni miło księżniczkę, wypije łyka herbaty i wyjdzie na Agorę poderwać jakąś dupeczkę.

Butmilia zadecydowała więc, by wychodzić na miasto i biesiady ze swym nowym wingiem – Mikołajem, a czasem też ze starym, dobrym kompanem – Arbitrem Elegantiarum.

THE END.

 

* koń Tornado został „zrobiony” podczas miesiąca miodowego swoich rodziców w Stuttgartcie na zapleczu fabryki Mercedesa

** dla jasności – tak naprawdę matura z matematyki nie jest wyznacznikiem, który wskazuje na umiejętności ogarniania, lub też ich brak.

*** tekst napisany we współpracy z użytkownikiem Arbiter

Pójdźcie za Idzim

Na tym ziemskim padole, za siedmioma lasami, rzekami i górami (tak jak to w bajkach zwykle bywa), w zamku Dziadhesis zamieszkałym przez arystokracyję grecką, żył sobie pewien książę. Książę ten, jako zarazem dzielny rycerz, odznaczał się niesamowitą cechą. Cecha ta wyróżniała go spośród innych greckich rycerzy - bowiem, w czasie wojen i przebywania w męskich obozowiskach, nie interesowało go obcowanie z kompanami swojej doli i niedoli. Książę nasz wówczas pościł i... tęsknił do dupeczek. tfu - księżniczek.

Ostatnio jechałam blablacarem i spotkałam bardzo interesującego kierowcę, a zarazem kompana do rozmów różnej maści. Z tego blablablania wynikło bardzo dużo bardzo ciekawych rzeczy. Wynikło też to, że powróciłam do poniższego tekstu, którym ponownie się z Wami dzielę:

Znam ludzi (pewnie każdy z Was zna), którzy po zakończeniu jakiejkolwiek relacji narzekają, na jakich to toksycznych i strasznych partnerów trafiają w swoim nieszczęsnym życiu. Ile to się słyszy historii, że każdy facet to świnia, cham i prostak, i że każda laska to dziwka. Ile ja się memów naoglądałam, że tych kolesi z wartościami to ze świecą szukać, a fajne dziewczyny to wymarłe dinozaury. Reasumując – kolesie mówią, że wszystkie laski są fe, a kobiety, że wszyscy oni to świnie.

Poraziło mnie jeszcze coś – twórcami takich teorii najczęściej są ludzie, którzy najbardziej rozpaczliwie poszukują tej drugiej połówki, od których desperacją śmierdzi na kilometr. Nie mając wyboru, łapią oni każdą okazję z cyckami/innym zestawem, która im się przypałęta – na początku są kwiatki, wianki i rozkosz, a potem piekło i płacze, że wszyscy/wszystkie są takie same. Te teorie wymyślają ludzie, którzy nie potrafią być szczęśliwi sami ze sobą i którzy całego sensu swojego życia doszukują się właśnie w znalezieniu tej drugiej połówki…. Uwaga, uwaga – płci przeciwnej (czyli tej feeeeeeee, fuuuuujj, fchuuuuj).

Żebym źle nie została zrozumiana – jasne, faceci muszą sobie czasem ponarzekać na „babskie pierdolenie”, shit testy, fochy i humorki (no bo fakt – znacznej części z nas nieźle odwala); kobiety muszą dla równowagi ponarzekać na ciągłe picie piwa przed TV, że nie naprawicie szafki przez pół roku i na to, że jesteście ruchaczami pierwszorzędnymi wykorzystującymi nas – biedne niewinne istotki (jasne – my nigdy nie marnujemy życia na pierdoły, nie tykamy alkoholowych trunków i nie lubimy seksu). Ale jakżem powiedziała – tak dla równowagi czasem ponarzekać trza, albo przynajmniej można. No, dopóki to jest niewinne narzekanie, to jeszcze fajnie się z tego pośmiać.

ALE

Jeśli zdarza się sytuacja, że nienawidzisz kobiet – dosłownie nienawidzisz, jednocześnie jednak nie wyobrażasz sobie życia bez związku z jedną, drugą, czy trzecią, tworzysz ten związek raz za razem, a po każdorazowym zakończeniu takiego związku wyzywasz jedną, drugą i trzecią od toksycznych cip, to chwila… zastanówmy się – kto się taką toksyczną, miękką cipką okazuje?

Posuńmy się jeszcze dalej w tym jakże fascynującym wywodzie, bo może masz rację, że ta jedna, z drugą i trzecią toksycznymi cipami faktycznie były – jak jesteś bowiem taką toksyczną i miękką cipką, to może właśnie toksyczne cipki przyciągasz? Przecież hooola – żadna pozytywna dziewczyna nie będzie chciała, żeby taki toksyk, jak Ty, truł jej życie. A nawet jeśli jakimś szczęśliwym trafem taka się przypałęta, bo zaślepiona szczałą (albo nawet strzałą) Amora, nie dostrzeże Twoich patologicznych zapędów – to finalnie i tak strujesz jej wspaniałą osobowość i faktycznie zostawisz toksyka (oczywiście zakładając, że ma niewystarczająco mocną psychę).

Skoro teraz krzyczysz oburzony – „Gdzie?! Wcale nie jestem toksyczną miękką cipką! Wcale nie truję życia innym! Mam tylko pecha, że trafiam na dziwki!” – to coś Ci powiem. Przecież jesteś facetem, jak ty to zasugerowałeś… nie z miękką cipką, tylko z solidnymi jajami. Jesteś facetem – więc masz wybór, jesteś facetem – więc nie śmierdzi od Ciebie desperacją. Możesz więc robić przesiew, możesz poznawać dziewczyny dopóty, dopóki nie trafisz na tę super laskę pod każdym względem, z którą stworzycie relację rozwijającą, satysfakcjonującą, sielankę, oazę, raj, itede, itepe. Przecież robisz, co chcesz i nie musisz trząść portkami, obgryzać z niepokojem paznokci, dostawać biegunki ze stresu, że nie masz dziewczyny w TYM momencie. Jesteś wartościowym, pewnym siebie facetem, rozwijasz się to tu, to tam, jesteś spełniony i zadowolony ze swojego życia, więc nie wpuszczasz do niego ludzi, którzy źle na nie wpływają i otworzysz wrota dopiero komuś, kto ten żywot polepszy, a nie zniszczy.

Jakbym pluła jadem na ludzi, z którymi łączyło mnie coś więcej, to serio poważnie bym się nad sobą zastanowiła i być może nawet zapukała do drzwi psychiatry, egzorcysty, czy kogo tam jeszcze. Przecież to o mnie źle świadczy, skoro lubię się wyniszczać porąbanymi ludźmi i tracę na nich czas. Gdybym kiedykolwiek była z facetem/podobał mi się - to nigdy, ale to przenigdy, nie wypowiadałabym się później o nim, że jest z niego dno i wodorosty, brzydki, ciotowaty itd. Świadczyłoby to o mojej hipokryzji, głupocie i przyznaniu się do fatalnego gustu. I faktycznie – dobrze wspominam praktycznie każdego, z którym się spotykałam. Jasne, może nie w stu procentach – ten i tamten miał jakieś brudy za uszami, ale generalnie byli spoko gośćmi, a już na pewno ich pojedynczych złych zachowań nie będę przypisywać każdemu przedstawicielowi Waszej płci. Ja też nie jestem jakaś diamentowa, więc bez przesady – nie popadajmy w skrajności.

Jasne, przegięłam w drugą stronę – nawet jak jesteś facetem z twardymi jajami, mogło/może Ci się zdarzyć, że jakaś poebana laska się przypałęta i trochę namąci w Twoim, wspaniałym do tej pory, życiu. Przecież wampiry energetyczne mają to do siebie, że muszą być tam, gdzie tę energię faktycznie znajdą. Jeśli wampir energetyczny jest sprytny i umie się zakamuflować, to nawet Ty, będąc facetem z jajami, możesz stać się ofiarą toksyka. Szczerze jednak wierzę, że masz na tyle duże jaja, że w porę zrobisz akcję-nożyce-odcięcie, zanim te Twoje solidne jaja znikną – a w ich miejsce pojawi się co? … …

Mam również nadzieję, że jaja pomogą Ci w tym, by po smutnym przeżyciu, jakim niewątpliwie jest wejście w interakcję z trującą laską, otrząsnąć się, wstać z uśmiechem i nie być zgorzkniałym dziadem, który będzie narzekał, jakie OONEE WSZYYYSTKIEEE płytkie, okrutne, złe i podłe.

Drogie chłopaki, oto moje przemyślenia. Nie, sorry – Wy nie jesteście chłopaki, Wy jesteście Młode Wilki. Wracając do tematu – oto moje przemyślenia, które nie są już tak luźne, jak były na początku. W sumie rozkmina rozpoczęła się od feministek* – mianowicie było mi ich szkoda, bo w większości są właśnie takimi samotnymi i zmanierowanymi osobami, które o całe zło tego świata mają żal do facetów, bo kiedyś im z nimi nie wyszło (a teraz uciekają im koty). Proszę, jak to myśli mogą ewoluować.

Trzymam za Was kciuki, Młode Wilki, i żegnam cieplutko.

*kiedyś w tym miejscu pojawiły się wątpliwości, więc wyjaśniam - użyłam skrótu, bo już nie chciałam przedłużać (zresztą myśl była już trochę nie na temat). Feminizm ze swoją pierwotną ideą może i jest ok, co więcej niektóre teraźniejsze feministki uważam za ogarnięte kolesiówy. W dzisiejszych czasach jednak, większość zadeklarowanych to niestety tępe kobiety (z całym szacunkiem), które walczą z wiatrakami i wyszukują nieistniejących problemów - i te feministki właśnie, miałam na myśli.

(tekst mojego autorstwa, pierwotnie opublikowany na podrywaj.org)

Tekst ten powstaje z trzech powodów. Jeden z nich, być może najważniejszy, jest częścią realizacji planu detoksykacji od Ogarniacza – zwyczajnie mam zamiar to wypluć i nie wracać do tematu (a nawet jeśli, to na chłodno, po długim czasie); kolejne dwa powody, w sumie łączą się w jeden – chcę napisać coś w podobie raportu, a zarazem przedstawić mojemu świetnemu znajomemu, D. (który zaczyna swoją przygodę z uwodzeniem), pewne pożądane zachowania i techniki, o których działaniu przekonałam się na własnej skórze. Tak, tak… nie mogę mu tego opowiedzieć normalnie-na żywo, gdyż w ramach detoksu, nie wymawiam na głos imienia pana Ogarniacza.

Ogarniacz, zgodnie z imieniem, dobrze ogarnia – ogarnia nie tylko dupeczki, ale też pracę, sport, pasje, studia itede itepe, a jedynym wyjątkiem jest porządek w jego apartamencie. Ogólnie nie będę się rozwodzić nad cechami i cnotami tego osobnika (bo w końcu detoks zobowiązuje); jednak kilka słów wstępu nie zaszkodzi.

Nasza historia rozpoczyna się w listopadzie w legendarnym łódzkim klubie i tam pozostaje, aż do jej kulminacji – wtedy akcja zostaje przeniesiona na osiedle akademickie podczas juwenaliów, a więc w okresie największego chaosu i melanżu. Za każdym razem, kiedy spotykałam Ogarniacza, dotykało mnie 1/2-tygodniowe zauroczenie – na szczęście w przeciągu siedmiu miesięcy wpadłam na niego tylko cztery razy. Dlatego dni fascynacji jego osobą nie zabrały mi za dużo z życia.

Powiem jeszcze, że niespełnione zauroczenie nie zawsze musi oznaczać cierpienie, gorycz, pogrzebane nadzieje, picie do lustra, wiadomości po pijaku, nieprzespane noce, stalkowanie, samobójstwo, zabójstwo i inne takie rzeczy. Kiedyś pewnie tak by to u mnie po części wyglądało, ale  później zaczęłam rozumieć mechanizmy rządzące tym wszystkim i umiem racjonalizować to na tyle, żeby nie zatracać się w iluzjach. Teraz wyciągam dla siebie jedynie fajne rzeczy z takiej „bezsensownej fascynacji” – jeśli ktoś robi coś fajnego i mi zaimponuje, to jestem zmotywowana, żeby też to zacząć robić; jeśli ma dobre podejście do pewnych spraw, to na jakiś czas może zostać dla mnie autorytetem; jeśli przeżyłam z nim super chwile, to przez kilka kolejnych dni będę nakręcona pozytywną energią. Dlatego nie musimy się bać i zupełnie blokować swoich emocji (jesteśmy przecie ludźmi, nie robotami), tylko zwyczajnie potrafić je kontrolować i nie pozwolić im się zagalopować. Właśnie stąd wziął się detoks – wszystkie pozytywne rzeczy przyjęłam na klatę i gdyby moje myśli dłużej zostały przy Ogarniaczu, to mogłoby się zacząć robić schizowo.

Dobra, zacznijmy od początku.

SPOTKANIE I – RAPORT

Była piękna, upalna, listopadowa noc. Ja i Agacia, jak to zazwyczaj, zamiast się uczyć, postanowiłyśmy pójść do wcześniej wspomnianego, legendarnego łódzkiego klubu. Inni znajomi tam z nami nie chodzą, bo… bo nie mamy innych znajomych. Tak naprawdę nie lubią tego miejsca, ponieważ jest tam przypałowo – dla odmiany, ja właśnie za to je uwielbiam.

Nikt się nie pobił, nikt nie był zniszczony, nikogo nie wyrzucili z klubu i wszyscy byli jacyś tacy bez życia. Czekałam tylko, żeby zagrali „Dla mnie masz stajla” i chciałam zrobić adijos. Impreza była nudna. Była, lecz w pewnym momencie zjawił się on – pełen pozytywnej energii, podszedł pewnie, złapał nas obie za ręce i zaczął nieźle wywijać raz jedną, raz drugą.

Tutaj trzeba nadmienić, że jest to bardzo dobry przykład podejścia do zestawu dwójkowego (o ile w trakcie wykonywania akcji, nie zdepczesz tego zestawu) – po pierwsze, na początku nie ma tego oporu pt.: „ale ja nie mogę zostawić koleżanki”; a po drugie zyskujesz akceptację i sympatię całej grupy (w tym wypadku mało licznej), co też jest bardzo, ale to bardzo ważną rzeczą. Aha, zapomniałam jeszcze powiedzieć o social proofie – jeśli tańczysz z dwiema atrakcyjnymi laskami, to inni w klubie zaczną się zastanawiać co takiego w sobie masz, czego nie mają inni; social wzrasta Ci o kilka poziomów, co z kolei bardzo pomaga przy podchodzeniu do następnych targetów.

Ogarnął to dobrze (rodzice nie bez powodu nadali mu takie imię), bo cieszyłyśmy się jak szalone. Kiedy wydawało mi się, że jest zainteresowany mną, nagle przenosił całą swoją uwagę w stronę Agaci. Musiał zauważyć, w którym momencie naprawdę go polubiłyśmy, bo wtedy nachylił się nad moim uchem i powiedział, że idzie do baru – zastrzegł sobie jednak, żebyśmy daleko nie uciekały, bo jeszcze chętnie podejdzie.

Jeśli wzbudziłeś zainteresowanie, to tutaj za chwilę powinien wejść ten dreszczyk emocji i grozy. Dziewczyna zacznie mimowolnie spozierać kątem oka i kontrolować, gdzie jesteś. Jeśli od razu po wypiciu drinka nie polecisz do niej jak oparzony, będzie się zastanawiać, czy w ogóle jeszcze wrócisz. Jeśli po drodze zahaczysz o inne laski i chwilę nimi poobracasz na parkiecie, uzna, że może jednak tamte są lepsze i nie jest tak zajebista, jak jej się wydawało. Innymi słowy – wprowadzamy nutkę niepewności pt.: „wróci, nie wróci, wróci, nie wróci”.

Kiedy już przestawałam mieć nadzieję, Ogarniacz wrócił i – tym razem – złapał za rękę jedynie mnie. Mam koleżanki, które bez skrupułów zostawiam same na parkiecie; Agacia raczej do nich nie należy. Tym razem też nie chciałam tego robić, więc chwyciłam ją jeszcze w locie naiwnie mając nadzieję, że nasz nowy znajomy znów pozwoli na trójkącik. Oczywiście, jak to mawiają: jak umiesz liczyć, to (nie)stety się kurna przeliczysz. Zgrabnie pocisnął mojemu błyskotliwemu pomysłowi, kumpela zmyła się po cichutku, a ja – wbrew swoim żelaznym zasadom niepozostawiania jej bez opieki – pozostawiłam ją bez opieki.

Trzeba przyznać, że Ogarniacz dobrze ogarniał również taniec. Jak jestem raczej średnia w tym temacie, to teraz musiałam stwierdzić, że wymiataliśmy najlepiej w całym klubie.

Mam znajome, które umiejętność obycia na parkiecie, stawiają jako podstawowe kryterium wyboru faceta (oczywiście jest to tak ruchome kryterium, jak uroda, wzrost, czy piniądz – a może i bardziej). Jeśli chodzi o mnie, nawet kiedy byłam na etapie poszukiwania księcia z bajki, na mojej liście nie występowały takie wymagania – widzieliście kiedyś Bonda kręcącego tyłkiem? dziękuję. Podczas NG jest to jednak nieocenione. Żeby nie straszyć tych troszkę gorzej tańczących (w tym mojego drogiego D.), śmiało powiem, że można spokojnie działać nie będąc mistrzem świata w walcu angielskim (jak już jesteśmy przy brytyjskim wywiadzie) – wystarczy naumieć się kilku przydatnych obrotów, trochę pobujać do rytmu i też jakoś leci.

Ogarniacz wykorzystał swoją pewność na parkiecie do jeszcze jednej rzeczy.

Jeśli piosenka mi nie leży i na dodatek jej nie znam, to czasem gubię rytm. Tak się stało kiedy tańczyłam z Sebastianem. Stanął, popatrzył się, zrobił podśmiechujkę pod nosem, nachylił się nade mną, złapał za ramiona  i powiedział spokojnie, patrząc mi w oczy: „teraz weź trzy głębokie wdechy, zrób tyle samo wydechów i powoli zacznij od nowa ze mną”. Chyba w tym momencie zapoczątkował wytworzenie całego tego napięcia między nami – tańczyliśmy coraz bliżej i bliżej, w naszych spojrzeniach było coraz więcej iskierek. Oczywiście – pykmyk tiruriru – był też kiss close.

Tańczyliśmy dalej, rozmawialiśmy, całowaliśmy się i w końcu niewychowany podrywajo-radar w mojej głowie nie odpuścił i musiałam delikatnie zagaić o temacie technik uwodzenia. Gdy skończyliśmy te ambitne (i mniej ambitne) tematy, nagle zaczęłam się rozpraszać i rozglądać po klubie – przypomniałam sobie o istnieniu Agaci, która gdzieś powinna być, a jednak nigdzie jej nie było.

Na tamten wieczór był to początek końca. Nawet kiedy okazało się, że moja zguba żyje i ma się bardzo dobrze, nie potrafiłam już poczuć tego wcześniejszego polotu i finezji. Ogarniacz cisnął jeszcze temat herbatki w jego super apartamencie, bo „przecież mieszka dwa kroki od klubu” – jednak, czy to ze względu na koleżankę, czy na moje (wcześniej przytoczone) żelazne zasady, czy też na utratę flow, okazałam się nieugięta.

Ponieważ zarówno Ogarniacz, jak i ja nie mieliśmy ze sobą telefonów, nie wymieniliśmy się numerami – mimo wszystko nie był to koniec naszej historii. Miałam go spotkać jeszcze kilka razy, co najprawdopodobniej zostanie opisane i zraportowane w kolejnych częściach.  

Witajcie Młode Wilki,

Ostatnimi czasy trochę olewam manosferę i bardzo mi z tego powodu przykro. Niestety, ze względu na otoczenie, zostało u mnie zdiagnozowane zbabienie i chwilowy zanik logicznego myślenia  – nie wychylam się więc, by nie szerzyć Wam tu jakichś herezji. Dziś jednak wracam na prostą i postaram się być dawną sobą.

Kilka dni temu, pod wpływem pewnego wydarzenia, bardzo zaczęło zastanawiać mnie zjawisko tajemniczości w uwodzeniu. Gdy zapytamy się o podpowiedzi dla początkującego podrywacza, często jedną z pierwszych rzeczy, które usłyszymy, to: „bądź tajemniczy i nie mów wszystkiego o sobie” – spoko, dobra rada. Tylko rada ta (jak i wiele rad), niezwykle często jest rozumiana na opak.

Okej, po co w ogóle masz być tajemniczy? Co to daje? Spotykasz się z dziewczyną, może jedynie rozmawiasz z nią przez jakieś głupie komunikatory, a może dopiero ją poznałeś – nieważne, po prostu macie jakąś interakcję. Jesteś zagadkowy, niczym te wszystkie zagadki rozwiązane przez Sherlocka Holmesa, żegnacie się – i bum. Co bum? Otóż niewiasta ma w głowie pełno pytań. Jest ich tak dużo, że wręcz nie mieszczą się one w jej zgrabnej główce. Co więcej, zostawiłeś po sobie niedosyt i nie wie, czego może się spodziewać. Niby zna Twoje intencje, bo w międzyczasie dałeś jej do zrozumienia, że nie interesuje Cię jako zwykła kumpela – ale zarazem totalnie nie jest pewna tego, na jakim poziomie Twoje zainteresowanie jest, ile jeszcze masz takich Kaś, które zaintrygowałeś, i czy będzie jej łatwo ‘zdobyć’ Twoje serce (w tym momencie może zaczynać się już – ale niekoniecznie – powolny proces stawania się dla niej nagrodą).

W każdym razie, jak to się robi?

Powiedzmy na przykład, że jesteś sprzedawcą butów i koleżanka pyta się Ciebie, co robisz na co dzień w swoim marnym żywocie; czy z zabójczą powagą oznajmisz?:

„Wykonuję fascynującą pracę, ale nie mogę Ci powiedzieć, co robię (w domyśle – bo tak mi powiedziały zasady PUA). Zdradzę za to, że obcuję z modą i jestem z nią niezwykle blisko, dotykam jej każdego dnia. Osobiście uważam, że niezmiernie mnie to uwrażliwia, otwiera i staję się lepszym człowiekiem. Jak tak dalej pójdzie, w przyszłym roku będę walczył o pokój na świecie, razem z Miss World.”

Czy na dodatek z każdym kolejnym pytaniem, zdaniem i stwierdzeniem, będziesz udawał szpiega z krainy dreszczowców, opowiadał lawirując niczym polityk i robił wywody filozoficzne? Czy na tym polega owa osławiona tajemniczość? Czy to ma sprawić, że uzyskasz wyżej opisany efekt? Czy kiedy się rozstaniecie, dziewczyna – zaintrygowana Twoją osobowością – będzie rozmyślała o Tobie przez dzień i noc, oraz noc i dzień?

Nie, najprawdopodobniej uzna – „pojebany”, lub, ewentualnie (jeśli będzie bardziej wyrozumiała) – „kombinuje”. Tak, czy owak, nie sprawi to, że z fascynacją będzie roztrząsać każdy moment spotkania z Tobą. Nie będzie to też zalążkiem do zauroczenia – trafisz do jakiejś tam szufladki i adijos.

Mowa jest srebrem, a milczenie złotem – mawiają. I to jest definicją słynnej tajemniczości, a nie godzinne wywody w celu, by tylko wydawać się posiadaczem tej cnoty. Gdy za wszelką cenę będziesz się starał wyjść na zagadkowego i czarującego człeka, to nie zdziw się, jeśli wyjdziesz na świrniętego człeka – również mawiają.

Spoko, nie piszę Ci tego, żebyś się przestraszył i pilnował swych słów na każdym kroku, lub stał się milczkiem. Broń Boże, nie mam też nic przeciwko bajerze – fajna bajera może być całkiem fajna. Piszę to właśnie po to, żebyś za bardzo nie kombinował i po prostu był sobą, a nie udawał pseudointelektualistę, próbując zaimponować kobiecie. Odnośnie tajemnicy – nie staraj się robić tajemnicy ze wszystkiego, co dotyczy Ciebie, tylko zrób/powiedz coś takiego, żeby do następnego spotkania zostawić dziewczę z materiałem do myślenia. Zaskocz, ale błagam, bądź spójny.

Co do wspomnianego wydarzenia:

Owego dnia, przyczłapał do mojego akademickiego lokalu o numerze 921, pewien pradawny ‘kolega’. Znajomość z nim umarła śmiercią naturalną jakieś pół roku temu, a trwała dość krótko – gdy go zobaczyłam więc, niemalże spadłam z łóżka, na którym stałam (szukając czegoś w szafce). Okazało się, iż sprawa z którą przyszedł była błaha, a dotyczyła udostępnienia kluczyka do pralni. Porozważałam z nim o dupie maryny, po czym wziął ten kluczyk i opuścił lokal, rzucając jeszcze przez ramię, że bardzo podoba mu się moja szminka.

Gdy jego suche tekstylia zostały zdjęte z suszaka w pralni i kluczyk nie był mu już do niczego potrzebny, znów zjawił się w lokalu 921. Przy wyjściu rzekł:

- Naprawdę podoba mi się ta twoja szminka – tu zmrużył oczy, zrobił pauzę i tym razem używając swojego bezbłędnego, radiowego głosu, dokończył – aż mnie kusi, żeby spróbować, jak smakuje.

Po czym, jak gdyby nigdy nic, podszedł, pocałował mnie, stwierdził że smakuje nieźle, pożegnał się grzecznie, choć z bezczelnym uśmiechem, i – poszedł se.

Dla mnie? Akcja konkretna i z jajem. Ale tak… po co ją przytaczam? Pewnie dlatego, że mi weszła w głowę (owszem). Ale pomijając tę kwestię, zastanówmy się, jaki ma ona związek z wątkiem tajemniczości.

Otóż Kacper pozostawił mnie samą, razem z moimi emocjami. Po takim działaniu nie zawsze muszą okazać się one pozytywne, bo dziewczyna może być oburzona – jednak emocje są. Gdyby nie ulotnił się odpowiednio wcześnie, mógłby wyjść na needy, a tak – rozpalił coś i zniknął, pozostawiając mnóstwo pytań. A to jest już coś, gdyż nie ma akcji bez reakcji, dosłownie każdej akcji towarzyszy reakcja – a cygańska reakcja potrafi być zajebista. Pamiętajcie bowiem, iż osobniki gatunku homo sapiens sapiens, karmią się wręcz emocjami i myślami. Szczególnie, kiedy nie mamy na daną chwilę roboty, myślimy i nakręcamy te myśli przemyśleniami. Tajemniczość nie polegała więc tutaj na braku informacji udostępnionych przez mojego kolegę, tylko na działaniu, które sprawiło, że sama sobie mogłam roztoczyć tę tajemnicę wokół niego – to właśnie  staje się tutaj Waszą bronią, a naszą słabością. Dajcie czemuś iskierkę i pozwalajcie temu płonąć.

Oczywiście, nie musi to być działanie pokroju akcji Kacpra. Możesz zwyczajnie wysłać na kilka godzin przed spotkaniem smsa, który w jakiś sposób zaintryguje Twoją znajomą i sprawi, że nie będzie mogła doczekać się chwili, aż Cię zobaczy i jej ciekawość zostanie zaspokojona. Sprawa banalna, a uruchamia podobne mechanizmy.

Mówiąc o tajemniczości w uwodzeniu, pominęłam najprostszą w tej kwestii sprawę. Facet z jajami, budzący szacunek (którym pewnie chcesz być, albo i jesteś), nie klepie o każdym szczególe swego żywota na lewo i prawo. Po prostu nie chodzi o to, żeby stać się błaznem, a el kolesio z klasą.
Bo widzicie, w życiu przeczytałam dwie książki – a jedną z nich był „Ojciec Chrzestny”. Ta książka nauczyła mnie, że warto być czasem powściągliwym i w ogóle – wiele mnie nauczyła…

Nie od dziś wiadomo, że niektórzy z Was uwielbiają podchodzić do kobiet i robią to często, inni sporadycznie, jeszcze inni mają na to celibat z góry, niektórzy jedynie o tym marzą, a kolejni nienawidzą (z czego dwóm ostatnim grupom zdarza się hejtować te pierwsze). No, i jest tu od niedawna sporo kobiet, które raczej nie podchodzą do kobiet, ale mniejsza o nie (nas)… chociaż – niekoniecznie mniejsza.

Nowe w zaawansowanych

Panel Użytkownika

Ankieta

Szybkość działania witryny oceniam na:
JSN Epic template designed by JoomlaShine.com