Jump to content
  • Announcements

    • David Durden

      Manosfera v2.0   02/03/18

      Wszyscy użytkownicy niezależnie od tego czy mieli konto na poprzednim portalu, muszą się zarejestrować jeszcze raz tutaj. Potem można zapoznać się z tematem w dziale "ogłoszenia". Pozdrawiam!
Sign in to follow this  
  • entries
    3
  • comments
    0
  • views
    118

About this blog

To jest blog młodej. Podobno młoda jest czasem mocna (jak spiżowi). 

Entries in this blog

but_mil

Jakiś czas temu (bardzo długi zresztą), pod wpływem pewnego wydarzenia, bardzo zaczęło zastanawiać mnie zjawisko tajemniczości w uwodzeniu. Gdy zapytamy się o podpowiedzi dla początkującego podrywacza, często jedną z pierwszych rzeczy, które usłyszymy, to: „bądź tajemniczy i nie mów wszystkiego o sobie” – spoko, dobra rada. Tylko rada ta (jak i wiele rad), niezwykle często jest rozumiana na opak.

Okej, po co w ogóle masz być tajemniczy? Co to daje? Spotykasz się z dziewczyną, może jedynie rozmawiasz z nią przez jakieś głupie komunikatory, a może dopiero ją poznałeś – nieważne, po prostu macie jakąś interakcję. Jesteś zagadkowy, niczym te wszystkie zagadki rozwiązane przez Sherlocka Holmesa, żegnacie się – i bum. Co bum? Otóż niewiasta ma w głowie pełno pytań. Jest ich tak dużo, że wręcz nie mieszczą się one w jej zgrabnej główce. Co więcej, zostawiłeś po sobie niedosyt i nie wie, czego może się spodziewać. Niby zna Twoje intencje, bo w międzyczasie dałeś jej do zrozumienia, że nie interesuje Cię jako zwykła kumpela – ale zarazem totalnie nie jest pewna tego, na jakim poziomie Twoje zainteresowanie jest, ile jeszcze masz takich Kaś, które zaintrygowałeś, i czy będzie jej łatwo ‘zdobyć’ Twoje serce (w tym momencie może zaczynać się już – ale niekoniecznie – powolny proces stawania się dla niej nagrodą).

W każdym razie, jak to się robi?

Powiedzmy na przykład, że jesteś sprzedawcą butów i koleżanka pyta się Ciebie, co robisz na co dzień w swoim marnym żywocie; czy z zabójczą powagą oznajmisz?:

„Wykonuję fascynującą pracę, ale nie mogę Ci powiedzieć, co robię (w domyśle – bo tak mi powiedziały zasady PUA). Zdradzę za to, że obcuję z modą i jestem z nią niezwykle blisko, dotykam jej każdego dnia. Osobiście uważam, że niezmiernie mnie to uwrażliwia, otwiera i staję się lepszym człowiekiem. Jak tak dalej pójdzie, w przyszłym roku będę walczył o pokój na świecie, razem z Miss World.”

Czy na dodatek z każdym kolejnym pytaniem, zdaniem i stwierdzeniem, będziesz udawał szpiega z krainy dreszczowców, opowiadał lawirując niczym polityk i robił wywody filozoficzne? Czy na tym polega owa osławiona tajemniczość? Czy to ma sprawić, że uzyskasz wyżej opisany efekt? Czy kiedy się rozstaniecie, dziewczyna – zaintrygowana Twoją osobowością – będzie rozmyślała o Tobie przez dzień i noc, oraz noc i dzień?

Nie, najprawdopodobniej uzna – „pojebany”, lub, ewentualnie (jeśli będzie bardziej wyrozumiała) – „kombinuje”/”wstydzi się swojej roboty”. Tak, czy owak, nie sprawi to, że z fascynacją będzie roztrząsać każdy moment spotkania z Tobą. Nie będzie to też zalążkiem do zauroczenia – trafisz do jakiejś tam szufladki i adijos.

Mowa jest srebrem, a milczenie złotem – mawiają. I to jest definicją słynnej tajemniczości, a nie godzinne wywody w celu, by tylko wydawać się posiadaczem tej cnoty. Gdy za wszelką cenę będziesz się starał wyjść na zagadkowego i czarującego człeka, to nie zdziw się, jeśli wyjdziesz na świrniętego człeka – również mawiają.

Spoko, nie piszę Ci tego, żebyś się przestraszył i pilnował swych słów na każdym kroku, lub stał się milczkiem. Broń Boże, nie mam też nic przeciwko bajerze – fajna bajera może być całkiem fajna. Piszę to właśnie po to, żebyś za bardzo nie kombinował i po prostu był sobą, a nie udawał pseudointelektualistę, próbując zaimponować kobiecie. Odnośnie tajemnicy – nie staraj się robić tajemnicy ze wszystkiego, co dotyczy Ciebie, tylko zrób/powiedz coś takiego, żeby do następnego spotkania zostawić dziewczę z materiałem do myślenia. Zaskocz, ale błagam, bądź spójny.

Co do wspomnianego wydarzenia:

Owego dnia, przyczłapał do mojego akademickiego lokalu, pewien pradawny ‘kolega’. Znajomość z nim umarła śmiercią naturalną dużo wcześniej, a trwała dość krótko – gdy go zobaczyłam więc, niemalże spadłam z łóżka, na którym stałam. Okazało się, iż sprawa z którą przyszedł była błaha, a dotyczyła udostępnienia kluczyka do pralni. Porozważałam z nim o dupie maryny, po czym wziął ten kluczyk i opuścił lokal, rzucając jeszcze przez ramię, że bardzo podoba mu się moja szminka.

Gdy jego suche tekstylia zostały zdjęte z suszaka w pralni i kluczyk nie był mu już do niczego potrzebny, znów zjawił się w mym lokalu. Przy wyjściu rzekł:

- Naprawdę podoba mi się ta twoja szminka – tu zmrużył oczy, zrobił pauzę i tym razem używając swojego bezbłędnego, radiowego głosu, dokończył – aż mnie kusi, żeby spróbować, jak smakuje.

Po czym, jak gdyby nigdy nic, podszedł, pocałował mnie, stwierdził że smakuje nieźle, pożegnał się grzecznie, choć z bezczelnym uśmiechem, i – poszedł sobie.

Dla mnie? Akcja fajna. Ale tak… po co ją przytaczam? Pomijając fakt, że mi się spodobała, ma ona spory związek z wątkiem tajemniczości.

Otóż Kacper pozostawił mnie samą, razem z moimi emocjami. Po takim działaniu nie zawsze muszą okazać się one pozytywne, bo dziewczyna może być oburzona – jednak emocje są. Gdyby nie ulotnił się odpowiednio wcześnie, mógłby wyjść na needy, a tak – rozpalił coś i zniknął, pozostawiając mnóstwo pytań. A to jest już coś, gdyż nie ma akcji bez reakcji, dosłownie każdej akcji towarzyszy reakcja – a cygańska reakcja potrafi być zajebista. Pamiętajcie bowiem, iż osobniki gatunku homo sapiens sapiens, karmią się wręcz emocjami i myślami. Szczególnie, kiedy nie mamy na daną chwilę roboty, myślimy i nakręcamy te myśli przemyśleniami. Tajemniczość nie polegała więc tutaj na braku informacji udostępnionych przez mojego kolegę, tylko na działaniu, które sprawiło, że sama sobie mogłam roztoczyć tę tajemnicę wokół niego – to właśnie staje się tutaj Waszą bronią, a naszą słabością. Dajcie czemuś iskierkę i pozwalajcie temu płonąć.

Oczywiście, nie musi to być działanie pokroju akcji Kacpra. Możesz zwyczajnie wysłać na kilka godzin przed spotkaniem smsa, który w jakiś sposób zaintryguje Twoją znajomą i sprawi, że nie będzie mogła doczekać się chwili, aż Cię zobaczy i jej ciekawość zostanie zaspokojona. Sprawa banalna, a uruchamia podobne mechanizmy.

Mówiąc o tajemniczości w uwodzeniu, pominęłam najprostszą w tej kwestii sprawę. Facet z jajami, budzący szacunek (którym pewnie chcesz być, albo i jesteś), nie klepie o każdym szczególe swego żywota na lewo i prawo. Po prostu nie chodzi o to, żeby stać się błaznem, a el kolesio z klasą.

Bo widzicie, w życiu przeczytałam dwie książki – a jedną z nich był „Ojciec Chrzestny”. Ta książka nauczyła mnie, że warto być czasem powściągliwym i w ogóle – wiele mnie nauczyła…

but_mil

Nie od dziś wiadomo, że niektórzy z Was uwielbiają podchodzić do kobiet i robią to często, inni sporadycznie, jeszcze inni mają na to celibat z góry, niektórzy jedynie o tym marzą, a kolejni nienawidzą (z czego dwóm ostatnim grupom zdarza się hejtować te pierwsze). No, i jest tu od niedawna sporo kobiet, które raczej nie podchodzą do kobiet, ale mniejsza o nie (nas)… chociaż – niekoniecznie mniejsza.

Użytkownicy, jak i ogólnie faceci, mają także różne upodobania, co do terenu plażowania – jedni preferują jedynie podejścia w nocy, jedni DG, a są i tacy, którzy podbijają do dupeczek zawsze, kiedy tylko mają okazję i nie uważają, że któreś miejsce jest mniej, czy bardziej do tego adekwatne (ałć! zapomniałam jeszcze o tinderowcach). Istnieje również inny podział: na samotników chodzących własnymi ścieżkami – którzy nie tolerują wingów, na zwierzęta stadne – które nie poczują wiatru w żaglach bez winga i oczywiście, na osobników z wywalonymi jajami – czyli osobników, którzy mają wywalone jaja na obecność winga, lub też jego brak.

Zazwyczaj na wingów wybiera się innych podrywaczy i kumpli. Ale czy próbowaliście kiedyś wychodzić z kobietą-wingiem?

Ja, na przykład, czasem zastanawiałam się, czy takie coś, jak kobieta-wing, istnieje w słowniku PUA. Wydawało mi się to dość kozackie – nazwa prawie tak dobra jak kobieta-kot, więc można by nawet pomyśleć o złotych malinach. Zresztą, fucha jest o tyle pomocna na pastwisku, że podrywacz w towarzystwie ładnej dziewczyny (o ile faktycznie jest ładna), zwraca na siebie większą uwagę i ma lepszy social.

Zrobiło mi się smutno, gdy dowiedziałam się, że kobiety-wingi, są określane tak mało lotną nazwą jak „pivoty”; ale później stwierdziłam: „a weź, but_mil, nikt Ci nie będzie mówił kim masz być. chcesz zostać kobietą-wingiem, a nie jakimś tam pivotem? – no to będziesz kobietą-wingiem!”. I z takim oto nastawieniem pojechałam zwiedzać z moim kuzynem (albo i nie-kuzynem?) pewien pobliski klub.

Rodzinna wycieczka? Otóż Arbiter Elegantiarum, mając pewne braki jeśli chodzi o obcowanie z kobietami, przeczytał „Grę” i pewnie nigdy by nie wpadł na pomysł, żeby się do tego przyznać. Operujemy jednak między sobą niezawodną telepatią działającą na zasięg 300km – więc bez słów, bez grama gestów, które mogłyby go zdradzić, informacja ta dotarła do mojego mózgu. I tak to się jakoś potoczyło, że zaczęliśmy rozmawiać i zrobiliśmy sobie eksperymentalny wypad.

Pierwsze zadanie wykonane: zwracamy uwagę i czujemy na sobie oczy innych. Jakaś laska kręci tyłkiem coraz to bliżej i bliżej Arbitra, już się prawie o niego ociera, byleby tylko przestał skupiać się na mnie i spojrzał na nią. Okeeej, poudajemy chwilę niedostępnych ;)

Nasze przypuszczenia co do podniesienia socialu sprawdziły się, bo takie sytuacje, gdzie widać było wyraźne, słynne IOI, kilka ładnych razy się powtarzały – zdecydowanie częściej, niż kiedy bywał w klubach z kumplami.

Pojawiła się też niestety faza excusów, w których to grałam główne skrzypce – bo jak to tak podejść i zagadać do lasek, będąc na zabawie z inną laską, która na dodatek jest rodziną? Toż to tak głupio, z kumplem byłoby łatwiej… Mój towarzysz się cykał, więc musiałam mu dać kopa w dupę. Oczywiście nie dosłownego kopa (żeby znowu nie było, że jakaś ze mnie uzurpatorka) - tylko kiedy wahanie Arbitra zbyt długo trwało, zadałam kulturalne, grzeczne pytanie: „Kurwów sto pińć. Idziesz, czy nie?”. Dało radę, chociaż to pierwsze podejście, przed którym pojawiło się tyle obaw i wymówek, było niepewne, a mowa ciała mojego kuzyna to zdradzała (choć zainteresowanie wzbudziliśmy… tak, razem – ale o tym niżej).

Później dwie zlewki na parkiecie, więc marynarzyk (o stawkę: kto nie kieruje i pije), bar i lecimy na górę. Po drodze przeanalizowaliśmy ładnie błędy i powiedziałam mu, co zauważyłam. Arbiter też wyciągnął niezłe wnioski – potrafi, bo miał w końcu te 96% z rozszerzonej matmy, jest mutantem genetycznym i skończył studia inżynierskie, po których (podobno) takie rzeczy się umie. Dlatego nie ma tego złego – jakby od razu PUA’sa zbudowano, to by było za nudno – a tak, nieudane podejścia zmusiły nas do myślenia.

Dotarliśmy – znowu widzimy tę laskę, która na samym początku tak bardzo chciała swoim tyłkiem zwrócić na siebie uwagę Arbitra. Umówiliśmy się, że ma ją ogarnąć, a ja w tym czasie pójdę do toalety. Tym razem poradził sobie fajnie (wręcz bardzo mnie zaskoczył), a gdy wróciłam i dorwałam jakiegoś Stacha, podziwiałam, jak z minuty na minutę rosną umiejętności i pewność siebie mojego kuzyna.

No to teraz wytłumaczę, co z tymi wspólnymi podejściami – fajnie było.

To był podryw na bliźniaki – podbijaliśmy i wkręcaliśmy, że nimi jesteśmy (to znaczy, nie do końca – pytaliśmy tylko o podobieństwo, a z bliźniakami dziewczęta same sobie wkręcały). Reakcje mega pozytywne, dużo śmiechu, chociaż wiadomo – life is brutal and full of zasadzkas – więc shit testy też się pojawiły (np.: „nie jesteście podobni, ona jest ładniejsza!”). Jednak radziliśmy sobie coraz lepiej, byliśmy coraz pewniejsi, to i takie teksty były nam niestraszne. Po takich podejściach? Kiedy mój kuzyn spotykał nasze nowe koleżanki na parkiecie, bez problemu mógł to kręcić dalej (żeby nie powiedzieć, że czuł się podrywany ;)).

W końcu zrobiło się późno, a nas czekała jeszcze trasa po zakręconych jak świński ogon i zaśnieżonych, górskich drogach. Marynarza przegrałam, więc ta noc była moją dziewiczą nie tylko, jeśli chodzi o wingowanie, ale również, jeśli chodzi o bycie kierowcą w tak wymagających warunkach.

Jak wcześniej omówiliśmy, jest Was wielu i dzielicie się na podrywajów o różnych upodobaniach. Dlatego nie namawiam do posiadania kobiety-winga – myślę wręcz, że niektórzy uznaliby to za pomysł tragiczny (i jak najbardziej szanuję takie podejście). Znajdą się jednak tacy, którzy może zaprzyjaźnią się z takim rozwiązaniem, być może mają wątpliwości – dlatego pokazuję, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda i ma nawet kilka plusów (minusów też – normalny wing np. lepiej zajmie się koleżanką targetu). Jeśli nie wiesz co o tym myśleć, spróbuj, a się przekonasz.

PS: Ten tekst jest stary; Arbiter Elegantiarum wyszkolił się i jest już prawdziwym ogarniaczem.

but_mil

Na tym ziemskim padole, za siedmioma lasami, rzekami i górami (tak jak to w bajkach zwykle bywa), w zamku Dziadhesis zamieszkałym przez arystokracyję grecką, żył sobie pewien książę. Książę ten, jako zarazem dzielny rycerz, odznaczał się niesamowitą cechą. Cecha ta wyróżniała go spośród innych greckich rycerzy - bowiem, w czasie wojen i przebywania w męskich obozowiskach, nie interesowało go obcowanie z kompanami swojej doli i niedoli. Książę nasz wówczas pościł i... tęsknił do dupeczek. tfu - księżniczek. 

Od zawsze otaczał się księżniczkami. Można powiedzieć, że księżniczki i wszystko, co z nimi związane, było jego prawdziwą pasją, a on był prawdziwą pasją księżniczek. W pewnym momencie, pasja ta była tak świetlista, że zaliczał większość ładniejszych kobiet – czy to poznanych na arystokratycznych biesiadach, czy na zamkowych deptakach, w łaźniach, czy tez na demokratycznych zgromadzeniach ludu - nigdy natomiast nie podrywał księżniczek, które poznał za pośrednictwem swego szerokiego grona znajomych - kierował się bowiem rycerską zasadą, aby nie brać dup ze swych grup.

Kiedy skończyła się wojna, bohater nasz mógł rozpocząć studia na kierunku, o którym zawsze marzył. Kierunkiem tym była filozofia, a nauczycielem sam mistrz - Sokrates. Studia były najpiękniejszym okresem w życiu naszego księcia. Rozmyślał o sensie egzystencji, przechadzając się z Sokratesem po wąskich, greckich uliczkach; jeśli mijali jakieś osoby - dokonywali ćwiczeń trudnej sztuki, która w świecie nowożytnym uzyskała nazwę DayGame. Trud włożony w podchodzenie do obcych osób zaprocentował tym, ze Idzi (bo tak mu było na imię), miał w przyszłości stać się najlepszym uwodzicielem w historii starożytnej Grecji. 

Rzeczywistość nie była jednak tak kolorowa dla naszego księcia – pokazała, że na swojej drodze miał napotkać on wiele pułapek, dzikich zwierzyn i krętych labiryntów. 

Jego Mentor, Sokrates, został bestialsko zabity przez decyzję zgromadzenia ludu. Mieszkańcom miasta nie podobało się, że podchwytliwe pytania mistrza udowadniały jedno - ich umysły nie odznaczały się polotem i finezją.

Idzi rzucił wtedy studia, zwątpił w ustrój zwany demokracją oraz pierwszy raz w życiu doświadczył zjawiska o nazwie problemy. 

 W życiu każdego dorosłego człowieka bowiem, przychodzi taki smutny moment, gdy ten dorosły człowiek zostaje przytłoczony przez problemy. Problemy poważnego osobnika gatunku Homo Sapiens Sapiens wcale nie muszą być poważnymi problemami, takimi jak brak jedzenia, wojna, śmiertelna choroba, wypadek – mogą to być iluzje stwarzane przez mózg tegoż osobnika i intensywne myślenie o nich (co prowadzi do głębokich depresji i innych dolegliwości mózgu). Dorosły, w pogoni za szczęściem, pogrąża się coraz bardziej w tych mrocznych iluzjach – gdy któraś z nich okazuje się toksyczna, niczym tarczy używa kolejnej. Ten proces można porównać do spłacania kredytów kredytami z innych banków – może być długi, a kończy się zawsze przyjściem komornika (depresji vel choroby mózgu). Tylko nielicznym udaje się wyjście na prostą z krętych ścieżek życia i czerpanie z niego najlepszych rzeczy. Jeszcze mniej osób doświadczyło kompletnego braku iluzji, mimo iż przepis jest prosty – mam w to wyjebane. 

Bohater tej powieści niestety doznał tej nieprzyjemności o nazwie „iluzja”, lecz czy udało mu się z niej wybronić? Czytajcie dalej… 

Książę nasz, jak nadmieniliśmy, doskonale wykorzystywał umiejętności zdobyte dzięki mistrzowi. Nie miał więc problemów, gdy na swej drodze spotkał piękną księżniczkę – miał wrażenie, że na imię jej było Dama Serca, lecz niestety… nazywała się Iluzjonizja. Ich związek był niezwykle wspaniały – jeszcze długo potem, gdy Idzi zamykał oczy, ciągle widział iluzje na temat tej relacji, oraz piękno samej Iluzjonizji. Kochali się w świetle księżyca, oglądali razem Pitagorasa rysującego trójkąty i kwadraty na piasku (podobno to wtedy wymyślili pierwowzór tekstu piosenki Dawida Podsiadło), rozprawiali filozoficznie i jeździli na zagraniczne wakacje, zwiedzać budowę piramidy Cheopsa. budził się przy jej boku i uwielbiał jak na niego patrzyła, kochał całą tę księżniczkę wraz z jej idealnymi piersiami. Książę widział ją w przyszłości jako matkę swoich dzieci, oraz Panią zamku Dziadhesis.

Sielanka, jak to sielanka - nie trwała jednak długo. Iluzjonizja okazała się kobietą toksyczną. Kobietą, która zamiast ciągnąć ku górze bohatera tej opowieści, coraz bardziej ograniczała jego pasje, rozwój i ambicje. Chciała stać na piedestale i, jak w wierszu jej ulubionego poety Horacego, wybudować Idziemu klatkę trwalszą niż ze spiżu, której nie naruszą deszcze gryzące. Ten zawiódł się na niej, a żadnej innej kobiecie nie dane mu było zaufać tak bardzo. 

Słyszeliście kiedyś o roli plastra? To powtarzający się schemat w sytuacji, gdy dotknie nas cinżkie (jak to mawiają w Biskupinie) rozstanie. Wtedy to mamy zaniżone poczucie własnej atrakcyjności, więc musimy ją sobie podbić, często z tragicznymi skutkami. Człowiek tuż po odrzuceniu, po rozstaniu, gdy jeszcze nie jest do końca wyleczony z iluzji na temat danej relacji, czy też osoby (na przykład Iluzjonizji), jest chwilowym toksykiem. Często tonąc, łapczywie chwyta się jakichś „obiektów”, uwodzi je, by tylko okazały zainteresowanie a on mógł potwierdzić sobie na poziomie podświadomości, że jest wartościowy, że ktoś go chce. Niestety, w takich sytuacjach przez osobę przebija się często frustracja. 

Drogie dzieci, po takim wstępie na pewno domyśliłyście się, że księciu naszemu potrzebne było teraz potwierdzenie własnej atrakcyjności. Tym samym poznał wiele księżniczek – niektóre były tylko piękne, niektóre tez piękne i mądre, niektóre piękne i mądre, ale nudne - były różne, ale żadna brzydka. Rozkochiwał je w sobie, a później rzucał. Im dłużej tonął w morzu dupeczek, im więcej ich ranił, tym bardziej nieszczęśliwy się stawał. 

Nasz bohater w końcu zaczął rozumieć, że jego rozterki emocjonalne coraz bardziej oddalały go od filozofii mistrza - filozofii, która prowadziła do szczęścia. Idzi pobiegł na plażę, w miejsce, gdzie na piachu robił notatki z Sokratesem. To, co przeczytał, gdy dobiegł już do odpowiedniej strony, pozwoliło mu zrozumieć beznadzieję ścieżki, którą obrał. A przeczytał, co następuje: 

"Dawniej młodzian w skórę odzian z chujem niby wieża
 jak z maczugą w las wyruszał na dzikiego zwierza
a dziś studencik, chuja ma jak pręcik

 zmiętoszony spierdolony cały instrumencik."

To było niczym kolejny cios – tym razem mobilizujący do prawdziwego, twardego działania. Co postanowił nasz bohater? Postanowił: „Idzi, chodź!”. W jego głowie kotłowały się myśli: „chcę być mężczyzną z wielkimi jajami, który potrafi zostawić za sobą jakąś Iluzjonizję! Mam być mężczyzną z wielkimi jajami, który zdoła zdobyć zwierzynę dla swojego ludu! Mam mieć jak wieża!".

Co powiedział, to powiedział, kości zostały rzucone, nie było odwrotu. Jak to mawiają, każdej akcji towarzyszy reakcja, nie ma akcji bez reakcji – a książęca reakcja potrafi być za-je-bis-ta. Postanowił, co następuje: zadba o swoje ciało, pasje, nauczy się nowych języków, będzie też podróżował. Wróci na studia, ale tym razem takie, które nie budzą zwady. Może do Pitagorasa? Miał w końcu 94% z matematyki rozszerzonej. Zacznie medytować, by znaleźć spokój ducha. A dupeczki? (jednak polubił to słowo bardziej, niż 'księżniczki').

Przecież były jego pasją, były wspaniałe. Nie zrezygnuje z nich, a każdą zostawi lepszą, niż zastał. Stworzy jednak mur obronny i nie będzie ich wpuszczał zbyt blisko, by chronić przed zranieniem zarówno siebie, jak i księżniczki.

Książę znalazł w swoim życiu niesamowity balans. Potrafił łączyć pracę nad innowacyjnymi obiektami latającymi, biesiady zamkowe, rozwój, wyścigi rydwanów w Rzymie, zimne pryszniece, księżniczki. Mimo młodego wieku, stawał się prawdziwym ogarniaczem i najlepszym uwodzicielem starożytnej Grecji. Miał klasę, charyzmę, pieniądze. Czasem, kiedy przypominał sobie o istnieniu jakiejś Iluzjonizji, był jej wdzięczny za to, kim stał się dzięki tej kobiecie. 

Kiedy już więc przeistoczył się w prawdziwego ogarniacza i myślał, że nic, a na pewno żadna księżniczka nie będzie w stanie go zaskoczyć – pojawiła się ona. Kobieta zarówno niesamowicie inteligentna i niesamowicie głupkowata. Jej IQ, z którym walczyła dzień po dniu, przypominało wykres sinusoidy, więc raz irytowała go tępotą równą poziomowi mułu, a kolejny intrygowała umysłem bystrym jak brzytwa. Zachowywała się jak dziecko, lubiła skakać przez mury zamku i nocą kąpać się w fosie, ale przy tym – co dziwne – była też bardzo zrównoważona i nie miewała okresu napięcia przedmiesiączkowego. 

Kiedy Książę zobaczył ją po raz pierwszy na biesiadzie – miała stać się jego jednonocnym targetem. Spotkał ją jednak na kolejnej potańcówce, i na kolejnej.  Za pierwszym razem doszło jedynie do pocałunków, a następne spotkanie miało mieć miejsce dużo później – teoretycznie więc, jej twarz powinna mu się już rozmyć wśród twarzy wszystkich księżniczek, które przewinęły się przez jego łoże. Jednak wciąż ją pamiętał… 

Tutaj musimy nadmienić, że księżniczka pamiętała go tym bardziej i jeszcze bardziej interesowała ją postać Idziego. Było kilka powodów, dla których zainteresowanie to przybrało aż tak wielkie rozmiary: Po pierwsze, będąc pierwszą kobietą Starożytnej Grecji, którą interesowały techniki uwodzenia – szybko zorientowała się, że Książę może być najlepszym ogarniaczem w swym fachu; po drugie, pisała książkę Science Fiction o bardzo ciekawej aplikacji internetowej, która służyłaby do łączenia ludzi w pary, ale także szpiegowania ich poczynań i lokalizacji – miał on stać się głównym bohaterem tejże powieści; po trzecie, podobał jej się w każdym aspekcie – sposobu bycia, charakteru, urody; po czwarte, lubiła robić analizy ciekawym postaciom – a ten z pewnością takową był. 

Kiedy więc trafili na siebie po trzech miesiącach i zaproponował jej wyjście do bogatego zamku Dziadhesis, nad głową księżniczki zapaliła się lampka. Pójdzie tam, ale poświęci tę znajomość swoim badaniom naukowym, tak jak Maria Skłodowska-Curie poświęciła swe zdrowie i życie dla odkrycia radioaktywnych pierwiastków (chwila, wtedy jeszcze nikt nie znał Marii!). Pójdzie, ale do niczego nie dojdzie! Pójdzie i odkryje wszystkie tajemnice jego technik uwodzenia! Pójdzie i zwycięży! 

Dlatego też przybrała postać bardzo dziwnej księżniczki, bardzo głupiutkiej, niezrównoważonej i nie wiedzącej, czego chce. Zadanie to było niezwykle trudne – musiała walczyć zarówno z nim, jak i ze sobą, a obrona jej sukni przypominała obronę Sparty. Po tej nocy, Pan zamku Dziadhesis stracił do niej resztki sympatii i uznał za najbardziej pojebaną dupeczkę, jaką spotkał. Jako, że posiadał klasę i wdzięk, do rana był względnie grzeczny dla naszej księżniczki – to miał być jednak koniec ich znajomości. 

Mojry* jednak ciągle sobie z nimi pogrywały. Doszło więc do kolejnego spotkania księżniczki i księcia –  tym razem w juwenalia, na koncercie Orfeusza (a raczej przed tym koncertem). W Starożytnej Grecji bowiem, tak jak w świecie nowożytnym, w okresie juwenaliów odbywały się huczne imprezy i ogniska w miejscach największych skupisk studentów. 

Ponieważ wystylizował ją jej wing i kuzyn zarazem – Arbiter Elegantiarum z Biskupina – wyróżniała się spośród innych dupeczek na juwenaliowym placu. Ponieważ była ze swoim wingiem – postanowiła podejść do księcia Idziego. Ponieważ tego wieczoru sinusoidalny wykres jej IQ osiągnął swoje maksimum, a IQ jej kompana oraz IQ księcia zawsze były na najwyższym poziomie – ich rozmowa płynęła niczym modra rzeka; stworzyli wokół siebie magiczną bańkę – bańkę, w której istniało tylko tych troje młodych osób. 

Postanowili razem pójść na koncert Orfeusza. Napotkali ogromne kolejki – więc skakali przez płot; skakali przez płot – więc wyrzucono ich z terenu koncertów; wyrzucono ich z terenu koncertów – poszli więc na wino do ogrodu botanicznego. Książę co jakiś czas zerkał z zachwytem na księżniczkę… 

- skończyłem się – rzekł Arbiter Elegantiarum, sącząc ostatni łyk wina. Na to hasło przybiegł jego koń, Tornado, wrzucił na swój czarny grzbiet i poniósł galopem do pałacu Arbitra w Biskupinie. 

Takim oto sposobem, ogarniacz i szalona księżniczka zostali sami, a później trafili do bogatego, acz niewysprzątanego zamku Idziego. Nie wiadomo, czy ze względu na zaniżony poziom percepcji, czy też na inne czynniki – książę przez całą noc patrzył na księżniczkę jak zaczarowany i obejmował ją z wielkim uczuciem. Nie jest znany również powód, dla którego rano zdawał się przestraszony tym faktem – za wszelką cenę próbował zdystansować się do wszystkiego, co było z tym związane. Jego decyzja była oczywista – ze względu na niebezpieczeństwo powalenia muru obronnego, nie będzie proponował dalszych spotkań księżniczce. Ona podjęła równie zrozumiały wybór – intuicyjnie wiedząc, że sam tego nie chciał, postanowiła nie utrzymywać kontaktu z Idzim. 

Los jednak, jako przekorny, postanowił zagrać z nimi ostatnią partyję pokera. Od tego czasu, natrafiali na siebie około dwa razy w tygodniu. Księżniczka się peszyła – książę się cieszył; ona przyspieszała kroku – on zagadywał; ona nie ogarniała – on ogarniał. W skrócie – książę odzyskiwał swój balans, a księżniczka nie miała szans w tej nierównej walce; wciąż było 1:0 dla ogarniacza. 

W lecie księżniczka jednak zniknęła i wtedy Idzi zaczął się niepokoić: „przejechał ją rydwan? – rozmyślał – czy może Mojry już nam nie sprzyjają i jej zwyczajnie nie widuję? A może wyjechała do rodziny?”. Nagle, po miesiącu, zobaczył jej twarz – był tak zszokowany, że tym razem to on nie ogarnął i jedynie wymamrotał coś  pod nosem. 

image.thumb.png.e667a554553b12c4f81f43ad2b3265fd.png

rys. 1. - Rydwan Miasta na agorze.

Ponieważ Mojry chciały nadrobić nieobecność księżniczki w mieście, zesłały ich na siebie drugi raz tego samego wieczoru. IQ księżniczki, szczęśliwie znowu osiągało swoje maksimum – książę z wielką pasją jej słuchał, a ona z wielką pasją opowiadała mu o swoich ambitnych planach naukowych, o pisaniu książki pt.: „Tinder”, o wakacjach i o mieszkaniu u Arbitra Elegantiarum… ponieważ ogarniacz nie ogarnął drugi raz tego samego wieczoru – okazał swoją słabość, spiął mięśnie twarzy i zdradził zazdrość. Dopiero, gdy księżniczka przypomniała mu, kim był Arbiter Elegantiarum, umiał poradzić sobie negatywnymi emocjami, które zaczęły nim targać.

Lecz wtedy coś pękło w naszym bohaterze… Idzi uświadomił sobie, że mur między nim, a księżniczką, nie jest tak gruby i wysoki jak wielki mur chiński, a co najwyżej jak biskupiński, albo nawet płot pomiędzy Kargulem i Pawlakiem. Rozumiał też, że mur ten zaczyna podlegać powolnej destrukcji, a on nie do końca potrafi z tym walczyć. 

Podjął jednak walkę, gdyż zarówno on, jak i księżniczka, doświadczyli dogodnych warunków do detoksu od siebie – przez dwa kolejne miesiące mieli się nie widzieć, gdyż księżniczka wyjeżdżała szkolić swą edukację u mistrzów rzemiosła zwanego lotniarstwem, a także musiała odwiedzić babcię w Wałbrzychu. W tym czasie mogli o sobie zapomnieć, Idzi miał szanse ogarniać inne dupeczki, ona poświęcić się nauce… Ale czy tak się stało? 

Czekajcie drogie dzieci, patrzcie uważnie i doglądajcie zakończenia tejże powieści. Na ten moment, rozdział się zamyka… 

*Mojry – boginki przeznaczenia, ich córki to Fortuny – jedna od piwa, druga od soku.
**niniejsza druga część historii o Ogarniaczu jest ostatnią częścią trylogii.
***oczywiście jest to najbardziej optymistyczna wersja oceny stosunku księcia do księżniczki – wiadomym jest jednak, że pełen szacuneczek jest.

Sign in to follow this  
×