Współczesna libra. Ile złota jesteś wart? Ile byś za siebie dał?

Budzę się, włączam eskpres do kawy i kładę się jeszcze na minut 5.
Po trzech kawach miłość do łóżka przemija na rzecz rozegrania wstępującego, zza horyzontu, dnia.


Jeszcze jedno mi umyka, z dnia na dzień. Pewna… „potrzeba”, z dupy totalnie i jak owa dupa – wszechobecna.

Potrzeba udowadniania swojej wartości dla otoczenia.

Ilekroć obcuję z osobą która jest kierowana tym motywem, a ta, rodzi działania z tego gruntu i mówi, słyszę, nie mogącą się ukryć ni schować potrzebę AKCEPTACJI, która się rzuca cieniem w słowie i w oczach wypowiadającego i która jest dla mnie nie tylko nienaturalna, ale i wewnętrznie się we mnie podnosi awersja na samo istnienie tej potrzeby. Czuję wtedy smutek jak gdybym widział całą ziemię przyjmującą deszcze z wolna padającego popiołu, przykrywającego barwy i zapachy na rzecz niewyrazistej, bezkonturowej, posępnej, wszędzie opadającej szarości, którą, chcąc nie chcąc, dotykam wzrokiem. A ten widok przynosi mi tylko niewymowne znużenie, ciążące mi do tego stopnia, że najchętniej bym się położył i już nigdy nie wstał, jeżeli mam taką ziemię oglądać.

Żeby nie było, że ja to tylko na zewnątrz widzę. Do siebie też mam pretensję, że to robię, co zauważam, dostrzegam, i oddziałuje to na mnie co najmniej nieprzyjacielsko. Jest jak zdrada samego siebie. Beznadziejnie się z tym potem czuję. Że w ogóle chciałem cokolwiek udowadniać, że mówić, że pokazywać to. Tak jakbym się wyrwał i nagle znalazł się w nowym miejscu, tyle że bez samego siebie.

To jednak nie dotyka każdego, czasami poznaję ludzi którzy nie chorują na kompleksy, brak akceptacji i strach. To nawet słychać w ich głosie po pierwszym zdaniu. Mimowolnie się wtedy takim osobom przyglądam, na ich głowę nie pada ani jedna kruszyna popiołu a ich siła zdaje się emanować do tego stopnia, że nawet ta szarość wokół nich odżywa, strzepując z siebie posępność i rozkwitając na nowo.

No właśnie. Czy ludzie muszą źle się czuć sami ze sobą? Jak wyliczyć ich wartość?
Do kogo porównać? Do biedaka czy do bogacza? Do człowieka zdrowego czy schizofrenika?
I które porównanie będzie prawdziwe? Czy w ogóle jest możliwe wyliczenie wartości jednego człowieka?

Czy ja, muszę udowadniać swoją wartość w jakiś sposób?
Dlaczego, dla kogo?
Czy to nie jest samo w sobie potwierdzeniem tego, że jednak nie jestem wartościowy, że chcę to udowodnić?

Panowie, ja się całe życie z tego trzęsę, jeżdżąc na tej huśtawce emocji powieszonej na łańuchu zwątpienia przeplatanym z oceną zewnętrzną. Już mi się odechciało na niej bujać. Wysiadam.

Może wystarczy mi wiara, że jestem w porządku i nie muszę nic i nikomu udowadniać?
Wystarczy mi żyć jak mi się żewnie podoba. Przecież o to chodzi, by być zadowolonym z tego, kim się jest, bezwarunkowo.
Są osoby w moim otoczeniu, które czują potrzebę udowodnienia swojej wartości. Pokazują mi, co mają, co osiągają i głównym wyczuwalnym motywem jest to, by mi się to podobało. Po to to osiągnęli, nie dla siebie. To jest dla mnie męczące, by im mówić w kółko, że super ekstra. Z drugiej strony dla nich też jest to męczące, lecz potrzeba napędza działania, a ich ciśnienie wyrasta z gruntu cienkiej wartości własnej. O tej właśnie chorobie pisze.

Dochodzi to do mnie od dłuższego czasu.
Priorytety mi się przy tym zmieniają, nawet inne kobiety zaczynają mi się podobać i mnie interesować. A te, ekhm, wewnętrznie nieszczęśliwe, pędzące za dowiedzeniem, że są majestatem kobiety, niektórzy je nazywają trudnymi bądź z problemami, coraz mniej mnie interesują. Zaczyna dzielić mnie i je, podwójna ciągła, podkreślająca przeciwstawność priorytetów.

Pisał ktoś kiedyś, że Ci, którzy lubią kobiety, mają łatwiej. Nigdy dotąd to nie było dla mnie tak jasne jak dziś. Jeżeli ja sam siebie lubię i nie widzę siebie w mrocznych zwierciadłach, to i ludzie wokół mnie inaczej się czują przez samo to, że się dobrze odbijają w mych oczach, bo nie muszę ich ustawiać niżej mnie by się wybielić.
Znacie na pewno takie momenty, kiedy świeżo zaczepiona przez was kobieta świetnie was odbiera i czujecie się przy niej swobodnie. To teraz odwróćcie role i zobaczycie o co mi chodzi.

Tym się różnią atrakcyjni wewnętrznie faceci od … od tych drugich, których kobiety odrzucają, i mają do nich blokadę. Facet, który lubi siebie i AKCEPTUJE kobiety takimi jakimi są, działa na te kobiety przyciągająco samą swoją osobą.
Można się spierać, na jakiego kobiety to działa. Nie na wszystkie, to na pewno. Z reguły przyciągamy do siebie ludzi podobnych do nas bądź też grający w naszą grę.

U mnie gra się nazywa: "ja jestem w porządku, Ty jesteś w porządku, poróbmy coś razem."
I wiem. Że ta gra nie jest koniecznie atrakcyjna dla płci pięknej z przekręconym kręgosłupem poczucia wartośći. No nie zagramy razem. Nie dłużej, niż chwilę w każdym razie, by się zorientować, że jedno z nas nie koniecznie wie i chce grać w grę drugiej osoby.

Ja wiem, że takich ludzi jest mało, którzy mają pogodne nastawienie do siebie i do świata. Ale przebywanie z nimi jest porównywalne do uczucia, jakby nagle wszystko było już w porządku. Ci ludzie nie mają potrzeby Ciebie czy mnie kontrolować, bo tego nie przewiduje ich system wartości.

Wróćmy do krążącego wokół nas szlamu. Kastracji i noża do naszych skrzydeł. Niektórzy ludzie nie chcą, byś się czuł w porządku, 90% szefów u których miałem wątpliwą przyjemność pracować usilnie starało się we mnie zaszczepić poczucie winy. Bym czuł się źle, bo wtedy człowiek jest w stanie więcej zrobić i być bardziej posłusznym. 90% szefów mnie nie lubiło. Nie ma u mnie wewnętrznej zgody, bym siebie oglądał przez pryzmat ich negatywnego spojrzenia i bym to w siebie wszczepił i na tym motywie leciał. To samo się dzieje z fochem u kobiet. To po to to jest. Taka tania babska manipulacja.
Nie twierdzę, że kobiety są złe, lubię je, akceptuje, wszystkie. Ale nie wszystkie są dla mnie pociągające i atrakcyjne. Twierdzę jednak, że niektóre zagrania są słabe. Ale to nie dotyczy tylko kobiet, więc szable w pochwy ;), na wojnę nie idziemy.

Światu pieniędzy to też nie na rękę, byś czuł się zadowolony bez grama wątpliwości co do swojej przydatności i ceny. Kup ich produkt, a będziesz lepszy. Czyli jesteś teraz gorszy. Takie mezalianse.

Dochodzę do momentu, w którym cała sztuczność zostaje obdarta z resztek praw istnienia i sensu. Pozostaje czysta oczywistość, że najważniejsze by ktoś był, przychylny mi. Wtedy czuję się jeszcze lepiej, niż wystarczająco dobry, bo nie jestem osamotniony w tej wierze.

Ponoć tchórzostwo, to wiara, że jest się najlepszym, lepszym od innych, a pewność siebie to wiara, że jest się wystarczającym.



A Ty jak myślisz? Jesteś wystarczający czy musisz to udowadniać? A może robisz coś co nie chcesz robić, żeby czuś się wystarczający zamiast robić to, co chciałbyś robić bez tej potrzeby?

Ostatnio zmieniany czwartek, 11 maj 2017 22:54

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com