Piękne atrakcyjne ale samotne

Być może słusznie radzi Wojciech Eichelberger, parafrazując znaną przypowieść o pewnym mędrcu, który odpowiada sfrustrowanej nieudanymi relacjami kobiecie, by ta, chcąc znaleźć mężczyznę z „tymi wszystkimi cnotami”, najpierw rozwinęła je w sobie. Niektóre osoby są zdolne do autorefleksji, odstąpienia od narcystycznego podejścia i dochodzą do wniosku, że być może faktycznie coś nie gra w ich zachowaniu, strategii. Nierzadko dochodzą do słusznych spostrzeżeń, że same nie posiadają cech, których bezwzględnie oczekują od partnera. Nie brakuje jednak kobiet wolących śnić o księciu z bajki, który przyjedzie srebrnym mercedesem prosto z salonu. Wolą trwać w przekonaniu, że winę za ich nieudane związki ponosi druga strona, a właściwie cała populacja nieudolnych mężczyzn. Pamiętajmy jednak, że każdy ma wybór. Można szukać alternatywy, ale łatwiej na różnorakie sposoby racjonalizować swój lęk przed zaangażowaniem, notorycznie obciążać winą innych, stale chuchać i dmuchać na wyidealizowany obraz własnej osoby w przekonaniu, że jest wzorem do naśladowania. To nic, że to droga donikąd.

Coraz częściej kobiece poszukiwanie partnera przypomina zachowanie osoby z zaburzeniem osobowości. Łatwo można dostrzec dwa rysy.

Narcystyczne zaburzenie osobowości skutkuje ogólnym poczuciem wyższości, szczególnego znaczenia, potrzebą podziwu, wiarą, że jest się osobą wprost niezwykła, niepowtarzalną, która może być zrozumiana i powinna przebywać tylko w towarzystwie osób wyjątkowych i o wysokiej pozycji. Osoba z tym zaburzeniem ma poczucie uprzywilejowania, irracjonalnych oczekiwań szczególnie korzystnego traktowania, co bywa uogólniane do podejścia „dla mnie tylko to, co absolutnie najlepsze”. Jest przekonana, że inni jej zazdroszczą (co może bywać prawdą, ale najpewniej nie ma takiego zakresu i natężenia, jak dana osoba sądzi). Sama też zazdrości, reaguje irytacją, gdy widzi, że komuś bardziej się powodzi, ma „lepszego” (bardziej zamożnego, przystojniejszego, sławniejszego) partnera. Przejawia zachowania aroganckie, wyniosłe. Ma problemy z empatią, identyfikacją potrzeb i uczuć innych, uważa je za mniej ważne lub wręcz w ogóle nieistotne w stosunku do tych, które sama przeżywa. Stale szuka potwierdzenia swojej wartości w oczach innych i poniekąd z tego też względu bezwzględnie oczekuje, by partner spełniał najwyższe standardy, bo w istocie traktuje go przedmiotowo – jak pewien atrybut prestiżu, symbol własnej niezwykłości, wyznacznik najwyższych standardów w każdym wymiarze życia... Każdy się chyba zgodzi, że kobiet w jakiejś lub wręcz dużej mierze przystających do tego profilu stanowczo nie brakuje. Spotykamy je na każdym kroku; wiodą prym w społecznościowych serwisach internetowych, portalach randkowych ze zdjęciami, w drogich klubach, a ich aktywność w tych miejscach sprowadza się w zasadzie do nieprzerwanego lansu, a główne cele to kolekcjonowania na potęgę "lajków", wysokich ocen za zdjęcia, liczby wyświetleń, komentarzy, pochwał, "zaczepek", wirtualnych prezentów lub wprost "obserwujących", subskrybentów albo znajomych, natomiast w realu liczby odtrąconych facetów i zazdroszczących spojrzeń innych kobiet. 

Obsesyjno-kompulsyjne zaburzenie osobowości powoduje natomiast koncentrację na porządkowaniu, skrupulatności oraz psychicznej i interpersonalnej kontroli kosztem elastyczności, otwartości i skuteczności. Osoba koncentruje się na szczegółach, organizacji, planach do tego stopnia, że traci z oczu zasadniczy cel aktywności. Ujawnia perfekcjonizm, utrudniający funkcjonowanie (przykładem może być zrywanie związku po fazie zakochania, gdy idealizowanie traci siłę i okazuje się, że relacja nie jest tak doskonała, jak się pragnęło, i że mimo wysiłków nigdy taka nie będzie, a zatem zasadne wydaje się poszukiwanie „lepszego modelu”, który „nadąży”, będzie bliższy ideałowi, bardziej perfekcyjny, lepiej zorganizowany). Przejawia sztywność i opór, „niereformowalność”. Przesadnie poświęca się pracy i produktywności kosztem pogorszenia się stosunków z osobami bliskimi, a nawet za cenę samotności. Osoba taka ma niezwykle ścisłe standardy, którym bardzo trudno sprostać... Zapewne niektórzy Czytelnicy już teraz wizualizują sobie typ wynioseł, wilekomiejskiej bizneswomen, zdeklarowanej singielki, ale w istocie kobiety głęboko samotnej, uciekającej przed uczuciem wewnętrznej pustki w pracoholizm. Albo kobiety-selekcjonerki, restrykcyjnie przestrzegających swoich wyśrubowanych zasad podczas poszukiwania partnera, który ma mieć określony wzrost, kolor włosów, masę ciała, zarabiać określoną kwotę, mieć ściśle określone zasoby (co najmniej dwupokojowe mieszkanie, nie starszy niż dwuletni samochód, studia wyższe w jednej z wybranych dziedzin i pracę w branży), powinien w pewnych sytuacjach kontrolnych zachowywać się w oczekiwany sposób, a nawet nosić określone ubranie, robić zakupy w konkretnych sklepach, bywać we "właściwych" restauracjach, mieć w stu procentach zgodną z oczekiwaniami sytuację rodzinną i towarzyską... W gruncie rzeczy idealny partner jest projekcją obsesyjnego perfekcjonizmu, i oczywiście nie ma realnej szansy, by ktoś temu podołał na dłuższą metę. Człowiek to nie jakiś mebel, który ma spełnić wszystkie wymogi i idealnie wkomponować się w lukę, doskonale pasować do wystroju. 

Warunkiem miłości jest otwarcie na uczucia, a tymczasem wiele osób kamufluje lęk przed bliskością lub folguje swoim destrukcyjnym nawykom odgradzając się od świata wyśrubowanymi oczekiwaniami bądź totalnym skupieniem na doskonałości swojego wizerunku, co również stwarza dystans. Nie bez znaczenia jest też „szalejące równouprawnienie”, które chwilami przeistacza się w formę odwetową, poczucie wyższości nad mężczyznami, co widać w postawie podejrzliwej (bo samiec = rywal), dystansującej (bo równość = szansa na więcej i przywileje) i aroganckiej (bo ja jestem lepsza, to on musi o mnie zabiegać, chociaż i tak nie ma szans).

Kiedy próbuje się zwrócić niektórym kobietom uwagę na nieadekwatne oczekiwania, część pań reaguje bierną lub bezpośrednią agresją, zarzuca, że nakłaniamy do obniżenia poprzeczki, pogorszenia standardów. Nic z tych rzeczy! Standardy trzeba po prostu weryfikować, by były realne. Poddawać próbom, by zyskały elastyczność, zamiast kostnieć, a z czasem drętwieć bez szans na przystosowawcze wykorzystanie. Nikt też nie nakłania do kompromisu, który jest po prostu przereklamowany. Używając metafory malarskiej, gdy jedna osoba chce niebieski, a druga żółty kolor, kompromisem byłaby mieszanka obu, to jest barwa zielona. Kompromis ma to do siebie, że czasem nie satysfakcjonuje nikogo. Chodzi więc o drogę środka, o synergię, wartość dodaną, która wytwarza się podczas szczególnego połączenia elementów systemu. Zapomina się, że związek to więcej niż relacja dwojga ludzi. To coś więcej niż suma, wynik działania 1 + 1. Związek kobiety i mężczyzny - niestety coraz częściej traktowany przedmiotowo, jak pewien kontrakt, układ, relacja oparta na wymianie wzmocnień, wspólnym interesie, wymianie świadczeń i usług - to przecież nade wszystko sprzyjające środowisko dla głęboko satysfakcjonującej więzi psychicznej potrzebnej każdemu człowiekowi i niezastępowalnej żadnymi substytutami. Miejmy to na uwadze, ilekroć rozważamy – bez względu na płeć – zasadność konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością. Warto próbować, choćby po to, by dać odpocząć: poduszce od łez / karcie kredytowej od wydatków na doraźnie poprawiające nastrój gadżety (niepotrzebne skreślić).

Ostatnio zmieniany czwartek, 11 maj 2017 23:06

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com