Pójdź dalej, Arbitrze!

Niniejsza trzecia część trylogii o ogarniaczu Idzim, nie dotyczy rzeczonego Idziego, ani nawet jego księżniczki (która nie figuruje jako jego księżniczka). Link do poprzedniej części:

Pójdźcie za Idzim

PÓJDŹ DALEJ, ARBITRZE!

- Kurwów sto pińć – rzekł Arbiter Elegantiarum, błądząc przekrwionymi oczyma po nieznanych mu górzystych krajobrazach. Tuż obok stał jego wierny koń Tornado i z wolna przeżuwał kolejne kęsy mocno wysuszonej trawy.

Arbiter zmarszczył czoło, usiłując odtworzyć fragmenty wspomnień wczorajszego dnia… Cóż, z rana poszedł do pracy w „Biskupin Military Airport”. Zaraz po robocie wsiadł na grzbiet swojego Araba Tornado i pomknął wprost do kuzynki Butmilii do Starożytnej Grecji, do miasta meneli – Aten, ponieważ właśnie odbywały się tam Juwenalia.

Na miejscu zasiadł wraz z kuzynką do wieczerzy. Zjedli po golonce z biskupińskiego dzika, którego Arbiter potrącił po drodze. Pamiętał, że był dumny ze stylizacji, którą udało mu się ogarnąć księżniczce. Pamiętał, że wingował jej, kiedy spotkali księcia Idziego. Pamiętał też, że Idzi zrobił na nim duże wrażenie, bo po prostu było widać, że jest on ogarniaczem – wskazywała na to mowa ciała, opanowanie oraz łatwość opowiadania abstrakcyjnych historii.

Arbiter nasz, tak samo jak Idzi, miał w zwyczaju brać o poranku zimne kąpiele, które podobno pobudzały go bardziej niż żucie ziaren kawy. Dlatego też, gdy ujrzał rzekę Eufrat,  postanowił do niej wejść i rozjaśnić swój piękny umysł.

„Hmmm – pomyślał Arbiter, stawiając pierwsze kroki w wodzie – Ja też mogę zostać ogarniaczem, być może nawet lepszym niż książę – w końcu miałem te 2% więcej niż Idzi z matematyki rozszerzonej. Toż to nie taki głupi pomysł… tylko gdzie ja kurwa jestem?”.

Tak – miał 96% z matematyki rozszerzonej:

maturaarbitra

Kiedy lodowata woda pobudziła w końcu krew, a krew dotarła do mózgu, nasz bohater zrozumiał… Jego koń Tornado, korzystając ze słabej dyspozycji swego Pana, zamiast do Biskupina, pogalopował w rodzinne arabskie strony odwiedzić swego ojca Araba i harem, w którym mieszkała jego matka*. Arbiter wybuchł szczerym śmiechem i powrócił do rozmyślań o przeobrażeniu się w najlepszego biskupińskiego uwodziciela.

Niebawem nadeszło lato i w nauce ogarniania zaczęła pomagać mu jego kuzynka – co weekend siadali na grzbiet Tornado i udawali się w miejsca największych skupisk księżniczek. Szkolili się zarówno w sztuce o nazwie DG, jak i NG. Księżniczka zawsze prowadziła Tornado w drodze powrotnej z wszelkich biesiad, gdyż od czasu juwenaliów, Arbiter nigdy nie siadał za ryzami po alkoholu.

Działając razem, robili niesamowite postępy. Postępy te były tak znaczne, że już na początku września Arbiter stał się ogarniaczem (oczywiście nie TYM ogarniaczem) – potrafił ogarnąć on niemalże każdą dupeczkę, dobrą także z twarzy. Wkrótce miał również poznać i rozkochać w sobie damę bliską jego sercu.

Dama Arbitra kochała góry i nie wyobrażała sobie nawet weekendowego pobytu na nizinnych terenach biskupińskich. Wciąż gnała do Tybetu uprawiać wspinaczkę, a kiedy spadały pierwsze śniegi – przypinać swe długie nogi do dwóch desek i pociskać w dół stromych tybetańskich stoków. Arbitrowi jak najbardziej odpowiadało, że kobieta ta, oprócz wspaniałej i niesinusoidalnej inteligencji, przejawiała także sportowe zainteresowania zgodne z jego zajawkami. Co więcej, nie prowadziła głupich kobiecych gierek i była bardzo konkretna. Co więcej, zdawała się być równie elegancka, jak nasz drogi Arbiter Elegantiarum.

Oznaczało to ciężki okres dla księżniczki Butmilii, która od tamtego momentu napełniała się smutkiem, choć nie mogła zrozumieć dlaczego. Przecież życzyła swemu kuzynowi jak najlepiej – a wiedziała, że z taką kobietą byłby szczęśliwy. Sama go wyszkoliła na ogarniacza. Dawała mu cenne rady dotyczące technik uwodzenia. Przekazywała notatki Sokratesa dotyczące negów. Wingowała mu tak dobrze, jak dobrze wingował jej on, podczas podejścia do Idziego. Nie mogła doczekać się momentu, kiedy Arbiter będzie na tak wysokim poziomie, który właśnie osiągał. A kiedy w końcu to nastąpiło, zaczęła popadać w depresję.

Księżniczka wiedziała, że od tamtej pory DayGame’y i NightGame’y z jej ulubionym kompanem będą odbywały się niezwykle rzadko, lub nigdy. Wiedziała również, że sama musiała sobie z tym poradzić – była w końcu dziecinną, acz dorosłą księżniczką, więc nie dopuszczała myśli, żeby wchodzić między Arbitra  i jego damę.

Ponieważ Butmilia nie miała w zwyczaju się smucić, w jej głowie z prędkością światła pojawiły się dwa niemalże mądre rozwiązania. Postanowiła, że wybierze jedno z nich, by jej życie znów nabrało kolorów i blasku, a wykres jej sinusoidalnej inteligencji ponownie osiągnął szczyt:

  1. Idąc tropem Arbitra, tak jak on damę – ona ogarnie sobie księcia;
  2. Gdy powróci do Aten, zacznie wingować innemu kompanowi (posiadała nawet idealnego kandydata, który, tak jak Idzi, był wychowankiem Sokratesa i trudnił się w sztuce DG – zaczepił ją na Agorze i połączyła ich wspólna pasja).

W tym momencie położenie księżniczki nie wydawało się więc już tak beznadziejne i na nowo mogła cieszyć się uniesieniami miłosnymi swego kuzyna. Lecz wtedy nadeszło nieuniknione…

Bowiem w życiu każdego aspirującego ogarniacza przychodzi taki smutny moment, gdy okazuje się, że sam wynik z matury nie wystarcza**, że nie wystarcza nawet dobre ogarnianie dupeczek i trening, ale  potrzeba czegoś więcej – szacunku ludzi ulicy, umiejętności prowadzenia relacji o każdym charakterze, a także niezwykłej odporności psychicznej. Naszemu bohaterowi zabrakło jednego, a być może nawet dwóch punktów z tej poważnej listy. Zapytacie, co się stało?

Kiedy już Arbiter skonsumował związek z Efemerydą (ponieważ tak jej było na imię) i wydawałoby się, że nic i nikt nie stanie im na przeszkodzie – wtedy okazało się, że miał napotkać on jeszcze wiele krętych ścieżek w swoim prostym i eleganckim żywocie.

Dama jego serca była niesamowicie wkręcona: wysyłała mu buziaczki za pomocą gołębi pocztowych, odwiedzała za każdym razem, gdy przejeżdżała przez Biskupin na swoim rumaku, poruszała tematy berbeci oraz z rozbrajającą szczerością podkreślała, że posiada on wszystkie cechy, których przez cały swój żywot poszukiwała w mężczyznach.

Nasz bohater poczuł się wtedy rozdarty emocjonalnie – z jednej strony chciał być w porządku w stosunku do Efemerydy (z którą jeszcze chwilę wcześniej dzielił wspólne łoże), z drugiej jednak, wszystkie jej zachowania świadczące o wielkim zaangażowaniu w ich kiełkującą relację, przerażały go i zniechęcały do utraty wolności. Dama jego serca stawała się zbyt dostępna – i nie chodziło tu tylko o jej ciało, ale także o zbyt wielką pewność stabilności i mocy jej uczuć.

Co więcej – jak zapewne wiecie, drogie dzieci – mało kto posiada zupełnie zdrową psychikę bez żadnych ułomności. Czy kiedy niesamowicie piękna, pełna pasji i inteligentna kobieta, zakochałaby się w Was na pstryknięcie palca, nie zaczęlibyście mierzyć tylko wyżej i wyżej? Innymi słowy – czy woda sodowa nie uderzyłaby wam do głów? Arbitra coraz bardziej kusiła wizja, by postawić sobie nowe wyzwania i następnym razem uwieść na przykład Kleopatrę (były to jedynie pokusy).

Niemalże każda dama posiadająca chociażby krztynę intuicji, znajdując się w sytuacji Efemerydy, będzie wiedziała, że dzieje się coś złego. Niemalże każda poczuje się wtedy zagrożona i zacznie szukać rozwiązań. Zanim jednak te rozwiązania staną się rozpaczliwą krzątaniną, zazwyczaj dama chwyta się przedostatniej deski ratunku – udaje się do swojej powierniczki.

Powierniczka staje się wówczas podpowiadaczem, a zarazem największym wrogiem mężczyzn, zajadłą feministką i obrończynią racji damy. Zaczyna prawić, że wszystkim książętom (a zwłaszcza Arbitrom) chodzi o to samo, że pochodzą oni z odległej planety i nie są kobietom potrzebni do szczęścia. A następnie rozpoczyna etap podpowiedzi:

„Twój Arbiter – rzecze wówczas powierniczka – nie jest zapewne mężczyzną z twardymi jak stal jajami. Powiadasz, że nie ma zbyt wielkiego doświadczenia z kobietami? Sam się do tego przyznał? Czyli jest męską pizdeczką. Jest miętki, jak każdy mężczyzna w naszych starożytnych czasach – nie to, co w prehistorii. Zobaczysz, że gdy urwiesz z nim kontakt, w jego psychice zacznie czaić się strach. Jego słaba psychika wyśle mu maila do nadciągającej kupy, że spotkanie jest w spodniach. Więc kiedy następnym razem przyśle po ciebie posłannika z zaproszeniem na spotkanie, udaj że nie ma Cię w Twym bogatym pałacu. Nie odzywaj się do niego, aż wreszcie stanie się oczywiste: jego słaba psychika nakaże mu słać po pięćdziesiąt gołębi pocztowych na godzinę, byś w końcu znowu się odezwała. Ale ty już nie będziesz go chciała.”

Ponieważ damy ufają swoim powierniczkom, Efemeryda posłuchała i tej. Kiedy już olała Arbitra, jego wysłannika i gołębia pocztowego, rozpoczęła oczekiwanie na żałosne zachowanie swojego mężczyzny, świadczące o jego rzekomej miętkości. Zapomniała jednak, iż był to Arbiter Elegantiarum – olany raz, zasmuci się, być może uroni nawet łzę, ale nigdy nie nadszarpnie swej dumy, by poniżyć się przed jakąkolwiek,  najpiękniejszą nawet damą.

Właśnie wtedy nastało zjawisko paradoksalne: to księżniczka nie wytrzymała wyczekiwania i emocji z nim związanych – pękła i postanowiła w jakikolwiek sposób odnowić kontakt z Arbitrem. Wiedziała jednak, że wracając skruszona, wyjdzie w oczach Arbitra na osobę mało konkretną – a przecież nie taki obraz siebie kreowała. Wymyślona została więc intryga, dopracowana w każdym calu. Intryga ta miała udowodnić, iż wszystkie gołębie pocztowe Efemerydy zmarły w wyniku wybuchu epidemii ptasiej grypy, a nowe nie znały adresu Arbitra. To miał być rzekomy powód jej zamilknięcia.

Kiedy już dołożyła „wszelkich starań”, by ponownie móc skontaktować się z Arbitrem, ten z leksza, acz inteligentnie pocisnął jej głupim babskim gierkom, jak na Arbitra Elegantiarum przystało – zrobił to jednak elegancko i z ogładą.

Po czym nasz bohater uznał, iż nie będzie kontynuował rozpoczętych gierek, że – jak to mawiają na prerii – zło dobrem zwycięży, po lekkim pocisku nie będzie już więcej karał Efemerydy i przyjmie ją z otwartymi rękoma. Co więc się stało?

Dama jego, na początku skruszona – nie posiadała przecie gwarancji, czy jej pozycja w życiu księcia była pewna – wykazywała pełne zaangażowanie, by na nowo pozyskać zaufanie Arbitra. Wtedy zauważyła jednak, że ten (mimo początkowego wkurwienia), zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Uznała, że jest panią sytuacji i Arbiter mógłby zostać teraz marionetką w jej rękach.

To był powód, dla którego Efemeryda zaczynała traktować Arbitra, jako osobę coraz to mniej atrakcyjną. Podświadomie podbudowała swą pewność siebie, racjonalnie argumentując, że dłużej ciągnąc taką relację – zraniłaby jedynie przybysza z Biskupina. Co więcej, nie mogła zaakceptować tak dużej odległości, która dzieliła jego gród od Tybetańskich gór. Wysłany więc został do Arbitra gołąb pocztowy, celem zerwania.

Arbiter Elegantiarum uszanował tę decyzję, lecz postanowił zorganizować pożegnalne, osobiste spotkanie, celem: „uściśnięcia dłoni, powiedzenia damie że jest spoko i takie tam pierdoły”. Po jakimś czasie do rzeczonego spotkania doszło. Dama utrzymywała pozycję wygranej, a bohater nasz nawet nie próbował wyprowadzić jej z błędu – nie był w końcu zajadły i mściwy. Efemeryda uznając, że należycie urobiła swego przeciwnika, postanowiła zostawić sobie u niego otwartą furtkę:

- Czy kiedyś, w zimie – powiedziała słodkim głosikiem – będę się mogła do Ciebie odezwać, celem umówienia narciarskiego spotkania?

Arbiter szczęśliwie odmówił. Zaznaczył tym samym, że mimo swej słowności, dostępności i bycia w porządku, nigdy nie zostanie pieskiem przychodzącym na każde zawołanie jakiejkolwiek księżniczki. Od tego momentu kierował się zasadą: rodzina ponad wszystko, kumple ponad wszystko poza rodziną – dopiero gdzieś dalej jest miejsce na Efemerydy, Iluzjonizje i inne takie damy.

Na końcu trzeba zaznaczyć, że bohater nasz prowadził tę relację dość umiejętnie, acz popełnił kilka błędów, które zostały uwzględnione w powyższym wywodzie (najprawdopodobniej niektóre zostały też pominięte). Dwa najpoważniejsze, to przyznanie się do swego nikłego doświadczenia z kobietami już na samym początku znajomości, a kolejny – oszczędzenie księżniczce huśtawki emocjonalnej w momencie, w którym potrzebna była ona do utrzymania atrakcyjności.

Czy myślicie jednak, że prowadzenie relacji zawsze musi przypominać partię szachów, w której planujemy kilka ruchów naprzód, przewidując też posunięcia przeciwnika? Czy związki nie mogą opierać się na czymś prostym? Czy błędy faktycznie nie są dopuszczalne? Narrator tejże opowieści uważa, że wcale być tak nie musi. W innym wypadku, każde zauroczenie i wszystkie perypetie miłosne, straciłyby ten swoisty urok, a jakakolwiek relacja – zamiast pchać nas ku górze, ciągnęłaby jedynie w dół, co noc spędzając sen z powiek.

Arbitrowi Elegantiarum zabrakło więc niektórych mikrozachowań, które jedni mają wrodzone, a inni – nabywają wraz z doświadczeniem. Wierzy się, że kiedy spotka on na swej drodze prawdziwą Damę Serca (na przykład Kleopatrę, a nie Efemerydę), pełen mądrości życiowej, będzie mógł cieszyć się pięknem tego, co przyniesie mu Fortuna (czy w co tam się wierzy w osadzie biskupińskiej).

Zapytacie pewnie, jaką decyzję podjęła księżniczka Butmilia?

Otóż, kiedy wróciła do Aten i spotkała Idziego, stało się niespodziewane: pod Butmilią nie ugięły się kolana, a książę zdawał się być obojętny. Wyglądało więc na to, że wszystkie ich uczucia i emocje względem siebie, umierały śmiercią naturalną. Na tamten moment był to koniec ich historii, być może nawet ostateczny. Kto wie? Niewykluczone że kiedyś, gdy naszej drogiej Butmilii będzie się emocjonalnie nudzić, a jej relacja z ogarniaczem będzie jeszcze bardziej neutralna, niż jest obecnie – wyśle Idziemu rękopis opowiadania o ich historii? Wówczas ten zaśmieje się szczerze, wspomni miło księżniczkę, wypije łyka herbaty i wyjdzie na Agorę poderwać jakąś dupeczkę.

Butmilia zadecydowała więc, by wychodzić na miasto i biesiady ze swym nowym wingiem – Mikołajem, a czasem też ze starym, dobrym kompanem – Arbitrem Elegantiarum.

THE END.

 

* koń Tornado został „zrobiony” podczas miesiąca miodowego swoich rodziców w Stuttgartcie na zapleczu fabryki Mercedesa

** dla jasności – tak naprawdę matura z matematyki nie jest wyznacznikiem, który wskazuje na umiejętności ogarniania, lub też ich brak.

*** tekst napisany we współpracy z użytkownikiem Arbiter

Ostatnio zmieniany sobota, 14 październik 2017 00:08

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com