Riki-tiki - Raporciki

David Durden wyruchał raport. Się podnieciłem. Wydymam swojego ;)



Wsiądźmy w DMC DeLoreana. Jedziemy pod rok 2012.

Nie pizgało. Zimy nie było. Rowerem zapierdalałem. Na pętlę autobusową konkretnie. Punkt spotkań wiejskiej elyty.

Uszanowanko na dzień dobry z tymi samymi typami i typiarami od dobrej dekady. Miętosimy słoneczniki i browary. Pierdolimy niezwykle o rzeczach przezwykłych.
Ekypa z osób pięć. Dochodzi reszta. Koleżanka, typ z widzenia kojarzony i nieznajoma.
Gadamy. Pijemy. Żremy ten słonecznik z takim zapałem jakby dodawał nam animuszu. Chuja dodaje. Wyglądamy jak obszczymury.

Szczerzy do mnie zęby. Ta nieznajoma. No to gadam do tych jej szczerzących się zębów. Coś tam duka, ledwie oddychając. Chyba z nerwów, że ktoś do niej mówi.
Rozmawiamy. Wykrztusiła, że śpiewa w zespole. Czyli coś oprócz tego usmiecha ma. Gadamy.

Nie wiem skąd, pomyślałem, przywiozę wiosło. Rzeczywiście tak zrobiłem. Wsiadłem na rower i drałowałem do chaty 2 km. Wziąłem wiosło, wskoczyłem na motor i wróciłem. Zacząłem rzeźbić jakąś solówę, Happysadu bodajże. Rozbudziło się nieco towarzystwo. Nareszcie coś nowego...
Słoneczniku nie przestali jednak dłubać. Więc jednak to nie było aż takie pierdolnięcie...
"ŁOOOO FAJNIE!" chwile popierdolil. Na szczęście przestali.

-Weź coś zaśpiewaj

Zaśpiewała.
Zatkao mnie. Takiego mocnego głosu jeszcze nie słyszałem.
Generalnie, w tym momencie, już była przybita, ta nasza znajomość. Że siebie wzajemnie wkładamy do jakichś wyobrażeń.
Młodość ma swoje rządze i swoje rozczarowania.

Potem przyjechał autobus i się zawinęła do siebie. Miastowa była.

Tydzień później dzwoni do mnie koleżanka, że siedzi właśnie z tą znajomą w domu i się nudzi.
Weź jakiegoś fajnego kolegę i wpadaj! Do mnie mówi.
No to biorę fajnego kolegę i wpadam. Mówię do niej.
Alko na stole. Tasiemki słów między nami. Pierwszy raz coś takiego czuję. Obydwie na mnie lecą. Jak się już najebaliśmy to stwierdziłem, że zaraz jadę w kimę. Oponowały. Śpijcie tu. W porządku.

Gadane.

Śpiewaczka wstała, powiedziała, że idzie spać. Wzięła mnie za rękę, poszliśmy do sypialni. Jednak nie poszliśmy spać.
Miałem prezerwatywy. Wyrzuciła je na podłogę. Jebaliśmy się bez gum. Lałem jej do pełna. Jak biedny po wypłacie. Mówiła, że tablety bierzy. Mondry ja.

Rano. Wracamy do domów. Fajny kumpel, trochę bardziej wtedy obeznany w temacie rzucił: Tylko się nie zakochaj w jej cipce ziom.
Niezła rada, ale nie w tym, mym, momencie życia. Zajebałem się w jej cipce jak dzieciak w lizaku. Chciałem tego lizaka najbardziej na świecie.

No i się stało to, co się stać miało. Jeszcze kilka razy podymałem i byłem odbiorcą niewypowiedzianej sajonary.


Po dwóch latach, gdy skończył mi się mój półtoraroczny związek, szukałem plastra, samoistnie. Gdy spadasz z drzewa, to szukasz po omacku gałęzi, choć na chwilę-chwileczke, by zamortyzować glebę.
Spotkałem ją na baletach. Ta mi wiązankę z ust wypuszcza. Że żałuje bardzo. Że nigdy sobie tego nie wybaczy. Mi wiele wtedy nie trzeba było. Biere ją. Wyszło i tak to, co wcześniej wychodziło. W łóżku baja, poza nim - bida z nędzą. Trzeźwiałem. Po miesiącu podziękowałem. Nie te loty. Kontunuowałem swoją podróż w pojedynkę.


Ostatnio zmieniany czwartek, 11 maj 2017 23:15

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com